Synowie króla Jana Sobieskiego: Aleksander, Konstanty i Jan, artysta nieokreślony, 1685, Muzeum Narodowe w Krakowie
Główna Konkurs Dziecko Ubiory dziecięce Moda XVII w. Moda XVIII w. Moda XIX w. Tkaniny Rekonstrukcje Inne
Moda XIX w.
Ubiory kobiece
Empire
Bidermeier
Romantyzm
Krynolina
Turniura
Secesja
Ubiory męskie
Moda sportowa w XIX wieku
Moda męska XIX wieku
Joanna Kościelniak
W XIX wieku moda męska nie ulegała tak szybkim i spektakularnym przeobrażeniom jak moda kobieca. Lśniące jedwabie poprzedniego wieku zastąpiła matowa materia wełniana o stonowanych barwach. Gama kolorystyczna uległa znacznemu zawężeniu. Już nie kwitły na szustokorach różane rabaty. Liczył się przede wszystkim umiar, elegancja i doskonały krój ubioru, perfekcyjnie dopasowanego do sylwetki.
Nie dość, że liczba wariacji męskiego stroju była dość skąpa, to jeszcze musiano się liczyć z wieloma sztywnymi nakazami: co, gdzie, kiedy i jak się nosi (np. ściśle określona liczba guzików przy żakietach, tużurkach czy rygorystyczne i drobiazgowe instrukcje wiązania krawata).

Na przestrzeni lat ten sam strój zmieniał swoją funkcję, np. frak, pierwotnie ubiór całodzienny, stał się strojem wyłącznie wieczorowym, a garnitur z krótką marynarką, początkowo noszony w domu lub podczas letnich wakacji na wsi, stał się w końcu popularnym strojem noszonym w mieście: do pracy czy podczas niezobowiązujących wizyt.

Na początku wieku, pod wpływem fascynacji angielskim stylem życia, wykształciła się moda na męski ubiór wzorowany na stroju do konnej jazdy. Składał się on z sukiennego fraka, jasnej kamizelki i jasnych obcisłych spodni do kolan lub nieco dłuższych, dopasowanych pantalonów i butów do konnej jazdy. Na wieczór i uroczyste okazje noszono płytkie pantofle z kwadratową klamrą, a odsłonięte łydki niekiedy różowano, aby uwypuklić kunsztowny wzór jedwabnych pończoch, którymi były obciągnięte.

Do tego biała koszula i krawat, a właściwie chustka z cieniutkiego materiału, okręcona kilkakrotnie wokół wysokiego kołnierza i ozdobnie zawiązana z przodu szyi. Stroju dopełniał kapelusz, początkowo o niskiej główce, i dla fantazji szpicruta lub laseczka.

Frak typu angielskiego (anglez) w spokojnych kolorach (czarnym, brązowym, przygaszonej zieleni, ciemnoniebieskim) zapinany był na jeden lub dwa rzędy guzików. Miał wysoko wycięty, w kształcie odwróconej litery „U”, przód odsłaniający dół kamizelki. Z tyłu zaś poły, rozcięte na środku, sięgały kolan. Równolegle noszono fraki wzorowane na francuskim stroju z poprzedniej epoki, tzw. habit, które wkrótce zostały wyparte przez fraki angielskie, funkcjonując jeszcze jakiś czas jako stroje odświętne i balowe.

Tak więc na początku XIX wieku Londyn został niekwestionowanym centrum mody męskiej. Tam właśnie pojawiło się niezwykłe zjawisko, jakim był angielski dandy – młody elegant, nienagannie ubrany w znakomicie skrojony i uszyty z doskonałej jakości materiału frak, w idealnie białej koszuli i krawacie zawiązanym w perfekcyjny węzeł, dbający o każdy detal stroju, schludny i pachnący. Wiele lat później Thomas Carlyle w „Sartor Resartus” napisał krytycznie, że: „Dandys to Człowiek – który – nosi – ubranie, jego profesja, urząd i egzystencja zasadzają się na noszeniu ubrań. (...) Tak jak inni ubierają się, aby żyć, on żyje, aby się ubierać”. Ale dandyzm to jednak coś więcej. To nie tylko ubranie – to także s p o s ó b noszenia tegoż: swobodny, lekko nonszalancki, wykwintny. To także sposób bycia – nienaganne maniery, wyszukane poczucie humoru, opanowanie, dystans, a nawet pewien chłód. Wielu wybitnych artystów tamtej epoki uważano za dandysów – m.in. Oskara Wilde`a, Alfreda de Musseta czy George`a Byrona – co wszakże nie przeszkodziło im tworzyć wiekopomnych dzieł, które weszły do kanonów sztuki.

Fryderyk Chopin, choć trudno go nazwać dandysem, przywiązywał niezwykłą wagę do swego stroju. Dbał szczególnie o doskonałą jakość kamizelek, rękawiczek o „niepokalanej bieli” oraz butów, które tak zachwyciły swoją elegancją wielkiego malarza Eugene’a Delacroix, że postanowił zamówić podobne u tego samego szewca.

Chopin znany był również z wyrafinowanej dbałości o wystrój wnętrz, w których mieszkał i w których przyjmował śmietankę towarzyską, czyniąc z nich świątynie sztuki w romantycznym stylu. Szczególnie podziwiane były fiołki, którymi kazał ozdabiać pomieszczenia, a o które dbała specjalnie wynajęta kwiaciarka.

Wytworni, podążający za modą panowie zapatrzeni byli w niedościgły wzór, jakim był londyński arbiter elegantiarum George Bryan Brummel, zwany Beau (z fr. Pięknym) Brummelem. On jako pierwszy swoim podejściem do mody, dbałością o higienę (częste kąpiele, codzienne mycie zębów, staranne golenie się), stylem życia, błyskotliwym dowcipem narzucił kanon bycia prawdziwie modnym, eleganckim, bycia dandysem. To właśnie on wylansował wieczorowy strój składający się z ciemnoniebieskiego fraka, takiegoż koloru długich pantalonów, białej kamizelki i trzewików z czarnej lakierowanej skóry, które ponoć zalecał konserwować i polerować... szampanem.

Kongres wiedeński (1815) przyniósł ze sobą nie tylko zmiany polityczne. Do głosu doszła bogata burżuazja. Jej potrzeby miała zaspokajać również moda. Nastał styl biedermeier, ze swą mieszczańską praktycznością i solidnością. Na scenę jako główne męskie okrycie wszedł surdut o ciemnych, stonowanych barwach, przystosowany do miejskiego trybu życia. Odcinany w pasie, lekko rozkloszowany, z połami schodzącymi się z przodu, noszony był na koszulę i kamizelkę. Białe koszule zaopatrzone były w wysokie, stojące kołnierzyki, zachodzące aż na policzki i owinięte batystową chustką, wiązaną z przodu na ozdobny węzeł lub kokardę. Model ten zyskał złowrogo brzmiącą nazwę Vatermorder, co w tłumaczeniu na język polski znaczy: ojcobójca, morderca ojca, zapewne sugerując „komfort”, jaki fundowała użytkownikowi ta sztywna konstrukcja.

Romantyczni poeci swój bunt przeciwko przyziemności burżuazyjnego świata, jego ideałom i dążeniom manifestowali również za pomocą... mody. Nosząc miękkie, wykładane, odsłaniające szyję kołnierze (patrz: znany w świecie mody kołnierz à la Słowacki), odrzucali ten sztywny, krępujący, noszony przez biedermeierowskiego eleganta. I nie tylko kołnierz, ale przede wszystkim równie sztywny i krępujący mieszczański światopogląd. Ze zmierzwionymi włosami, owinięci obszerną czarną peleryną, ulatywali „ponad poziomy” nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika.

Na tle bieli koszuli i ciemnego surduta czy fraka rozkwitła jak wielobarwny motyl kolorowa kamizelka, pracowicie wyhaftowana przez skrzętną biedermeierowską narzeczoną, córkę czy żonę. Ba, często nie jedna, ale dwie. Albo jedna, ale z kilkoma doszytymi kołnierzykami z różnych materiałów o odmiennych kolorach.

Frak jest nadal noszony, lecz zmienia się jego fason. Przód jest już prosto krojony, dłuższy, kończy się tuż nad talią. Jednak jego kariera jako stroju całodziennego powoli dobiega końca. W połowie lat dwudziestych musi oddać palmę pierwszeństwa surdutowi. W zamian królować będzie niepodzielnie na balach, w operze i podczas doniosłych uroczystości.
W drugiej dekadzie pantalony wydłużają się do kostki, gdzie są zapinane na guziczki lub klamerki. Noszono także lansowane przez Beau Brummela spodnie o luźnych, długich nogawkach z doszytym strzemiączkiem przechodzącym pod butem, dzięki czemu spodnie miały elegancką sprężystą linię. Uzyskaniu tego efektu pomagały również francuskie szelki z wszytymi sprężynkami. Po 1825 roku panowie wkładają na co dzień już tylko długie spodnie do niskich butów z kwadratowymi, wąskimi noskami.
Od końca lat dwudziestych, a zwłaszcza w latach trzydziestych i czterdziestych można było zaobserwować zadziwiającą tendencję do upodabniania sylwetki męskiej do kobiecej. Obowiązywały tak jak w modzie damskiej spadziste ramiona, wąska talia, gładki, wypukły tors, tzw. gołębia pierś, smukły stan, zaokrąglone biodra. Aby uzyskać taki efekt, stosowno różne krawieckie sztuczki. Surduty i fraki miały wąskie, długie klapy (wydłużony stan), rękawy wąsko wszyte, bufiaste, u góry węższe, u dołu przypominały znany z kobiecych sukien tzw. gigot (barani udziec), choć nie tak przesadnych rozmiarów, watowany przód (wypukła klatka piersiowa). Aby podkreślić szerokie, przypominające kobiece biodra poły surduta, były mocno rozkloszowane, a długie spodnie początkowo miały marszczenia w pasie i zwężały się dopiero w okolicy kolan. Co do wciętej talii, to niektórzy panowie nie wahali się skorzystać z pomocy... gorsetu. Również fryzurę eleganta wzorowano na koafiurach kobiecych. Na czubku głowy włosy starannie spiętrzone w fale, a na gładko wygolonym obliczu kunsztowne bokobrody, nawiązujące do długich damskich loków, kołyszących się wdzięcznie po obu stronach niewieściej buzi. Płytkie wsuwane pantofle z czarnej skórki często ozdabiano wdzięcznymi kokardkami (!), a finezyjnie wiązane krawaty przypominały kokardy i wstążki na kobiecych sukniach.
Z końcem lat trzydziestych nastała trwająca blisko dziesięć lat moda na... elastyczne, kraciaste spodnie. Materiały, z których były szyte, tzw. lastyki, uzyskiwano w nowatorski sposób, dodając do przędzy w trakcie tkania wąskie paseczki lateksu.

Z początkiem lat czterdziestych na scenę mody męskiej wszedł tużurek. Jak sugerowała jego nazwa (fr. tout jour – cały dzień), był to strój całodzienny. Miał wycięte, zaokrąglone poły, często aksamitny kołnierz i mankiety oraz ciętą kieszonkę na lewej piersi i był zapinany na pięć guzików.

W latach pięćdziesiątych strój męski znów stał się bardziej męski. Nie miał już watowanych gorsów, cienkiej talii i szerokich dołów surdutów. Ubiory były luźniejsze i wygodniejsze. Modne były spodnie z szarej flaneli, kamizelki ciemne lub białe, gładkie albo we wzory. Biała koszula noszona w mieście, a prążkowana czy kraciasta podczas pobytów na wsi, zakończona była niższym niż uprzednio kołnierzykiem, a rękawy pojedynczymi lub podwójnymi mankietami.

Dziesięć lat później modne stały się ubiory noszone bliżej ciała, co przydało męskiej sylwetce smukłości. Okrycia uległy skróceniu i sięgały do kolan. Każda z trzech części garnituru była szyta z tego samego materiału. Tużurek, prostszy w kroju, z mniej wyciętymi połami, zyskał przydatne kieszenie. Oficjalnym strojem dziennym był wełniany żakiet w kolorze czarnym lub ciemnoszarym z ostro wyciętymi z przodu połami, uzupełniony o białą koszulę, kamizelkę i sztuczkowe spodnie. Do tego obowiązkowo cylinder i rękawiczki. Z czasem znacznie wygodniejsza, krótsza marynarka wyparła tużurek i wraz z kamizelką i spodniami z tego samego materiału stanowiła do końca wieku (i jeszcze dłużej) klasyczny garnitur. Pod koniec wieku spodnie, luźne na całej długości, zyskały kanty. W latach dziewięćdziesiątych znów pojawił się złowrogi cień ojcobójcy, a mianowicie kołnierzyki dochodziły do wysokości dziesięciu centymetrów i były wraz z gorsem koszuli bardzo mocno krochmalone. Jak można się, domyślić nie sprzyjało to wygodzie i swobodzie męskiej szyi.

W XIX wieku rygorystycznie przestrzegano zasad doboru stroju do pory dnia, w której odbywaly się ściśle określone zajęcia czy rozrywki. Tak więc „negliż” miał inne niż dzisiaj znaczenie, bo oznaczał przedpołudniowy swobodny strój, w którym m.in. przyjmowano wizyty zaprzyjaźnionych osób; „półstrój” z kolei był to ubiór dzienny, stosowny na przykład na spacer, a „strój” – ubranie wieczorowe, obowiązujące na wytwornym balu czy w teatrze.
Modny mężczyzna, szczególnie mający ambicje artystyczne lub intelektualne, czy też taki, który chciał zrobić wrażenie swym tajemniczym, egzotycznym urokiem, przed południem przyjmował gości w stroju orientalnym. Odziany był w szlafrok uszyty z tureckich tkanin i podszyty jedwabiem lub wełną, przepasany jedwabnym sznurem z ozdobnymi chwostami. Głowę zdobiła mu bogato haftowana orientalna czapeczka albo turecki fez. Na nogi wzuwał nie mniej egzotyczne chińskie, kazańskie czy czerkieskie pantofle o podwiniętych nosach. Paląc fajkę na długim cybuchu, czarował panie. W połowie stulecia funkcję przedpołuniowego stroju pełniła również – może nie tak efektowna, ale za to bardziej praktyczna – bonżurka (fr. bon jour – dzień dobry). Było to wdzianko zbliżone krojem do luźnej marynarki z kołnierzem i mankietami, szyte z miękiej tkaniny wełnianej. Czasami przód ubioru i mankiety zdobione były szamerunkiem.

Frak, który początkowo był ubiorem całodziennym, w latach sześćdziesiątych stał się wyłącznie obowiązującym strojem wieczorowym. Jedynym akceptowanym odstępstwem był mundur wojskowy czy urzędniczy. Do jedynie czarnego wełnianego fraka, ozdobionego jedwabnymi, także czarnymi rewersami, wkładano długie spodnie z tego samego materiału. Były one zaopatrzone w czarne lampasy usztywniające nogawki, dzięki czemu miały prostą, elegancką linię. Biała koszula frakowa miała krochmalony, ułożony w zakładki przód oraz usztywnione mankiety i kołnierzyk. Obowiązkowa kamizelka była w latach sześćdziesiątych czarna, aby w niedługim czasie znów przybrać kolor biały.

Mimo że od około 1860 roku zaczęto nosić krawaty przypominające wyglądem te dzisiejsze, o wydłużonym kształcie i płaskim węźle, wyłączne zwieńczenie wytwornej, wieczorowej sylwetki stanowiła biała muszka z bawełnianej piki.

Ten bardzo rygorystycznie traktowany strój – sztywna etykieta nie tolerowała żadnych odstępstw! – był wspaniałym tłem dla bajecznie kolorowych, bogatych sukien pięknych dam. Najświetniejsze lata fraka to lata osiemdziesiąte; jego krój do końca tej popularności ulegał tylko nieznacznym zmianom. Czarny cylinder, białe rękawiczki i czarny płaszcz lub peleryna dopełniały wyjściowy, wieczorowy ubiór.

Tak odziany elegant z monoklem w oku, z fantazyjnie okręconym wokół szyi białym jedwabnym szalikiem cache nez (fr. zakryj nos), nonszalancko wymachujący laseczką o gałce ze srebra lub kości słoniowej, stał się symbolem dżentelmena schyłku XIX stulecia.

Od lat osiemdziesiątych frak zyskał nową zaskakującą funkcję. Zaczęto ubierać w niego... służbę. Zdarzały się niezręczne sytuacje, kiedy to podczas eleganckiego przyjęcia czy balu nobliwy gość bywał „obdarowywany” brudnym talerzykiem czy kieliszkiem. Aby uniknąć takich niefortunnych sytuacji, dokonano modyfikacji stroju. W liberii służących guziki zamieniono na błyszczące, spodnie pozbawiono lampasów, a pod brodą umieszczono muszkę koloru czarnego.

Pod koniec lat osiemdziesiątych na scenie mody wieczorowej pojawił się smoking. Szyty z cienkiej czarnej materii wełnianej miał luźniejszy krój i podobny frakowemu szalowy, wykończony czarnym atłasem kołnierz, ale pozbawiony był charakterystycznego frakowego ogona. Początkowo noszony rozchylony, z czasem zyskał zapięcie na jeden guzik. Wkładano do niego czarną kamizelkę i czarną muszkę. Anglicy zastąpili kamizelkę szerokim jedwabnym pasem, układanym w poziome zakładki, wśród których kryła się mała kieszonka.

Amerykanie i Anglicy do dziś spierają się o ojcostwo smokingu. Amerykanie, wśród których ten wygodny, stosowny na mniej oficjalne uroczystości ubiór zyskał dużą popularność, uważali za jego wynalazcę milionera Griswolda „Grizzly” Lorillarda. Ponoć to on jako pierwszy, w 1886 roku, pojawił się tak ubrany w ekskluzywnym Tuxedo Club w Nowym Jorku (stąd amerykańska nazwa fraka: tuxedo albo tux). Anglicy wywodzą smoking bezpośrednio od smoking jacket, czyli żakietu palacza, który panowie wdziewali na czas oddawania się zgubnemu nałogowi w specjalnych palarniach. Był to ukłon w stronę dam, gdyż dzięki tej przebierance frak nie przechodził wstrętnym dla pań zapachem dymu tytoniowego. Szyto go z barwnych aksamitów o orientalnych wzorach.

Inna teoria głosi, że już w 1860 roku sławny angielski krawiec Henry Poole wymyślił dla księcia Walii (późniejszego króla Edwarda VII) marynarkę o tym kroju, jako alternatywę bardziej oficjalnego fraka. A w kilkanaście lat później amerykańscy goście księcia, zachwyceni nowym strojem, przeszczepili go na nowojorski grunt, gdzie po raz pierwszy zaprezentowany został właśnie w Tuxedo Club.
Niekwestionowanym królem męskich nakryć głowy XIX wieku był cylinder. Stworzony przez londyńskiego kapelusznika Johna Heathcote`a w ostatnich latach XVIII wieku przetrwał i był modny w niemal niezmienionej formie przez całe następne stulecie. Noszono go zarówno podczas dnia, jak i wieczorem jako element stoju wyjściowego. Składał się z główki w kształcie wysokiego, sztywnego walca oraz wąskiego ronda. Pierwotnie cylindry wyrabiano z wysokogatunkowego filcu z sierści bobra, następnie z jedwabiu z meszkiem. O kapelusze te niezwykle dbano: polerowano je dla nadania połysku, gładzono aksamitną szmatką, szczotkowano i co jakiś czas oddawano do specjalistycznego zakładu w celu wyczyszczenia i odprasowania. Te drogocenne cuda sztuki kapeluszniczej starannie przechowywano w specjalnych, odpowiednio wyprofilowanych pudłach. Najelegantsze – wieczorowe – były wyłącznie koloru czarnego, w dzień dopuszczano także kolory jaśniejsze, nawet biały.
Aby ułatwić życie użytkownikom, paryski kapelusznik Antoine Gibus wynalazł i opatentował w latach trzydziestych sprężynowy mechanizm pozwalający na złożenie cylindra do formy płaskiego placka. Pozwałało to właścicielowi wygodnie trzymać kapelusz pod pachą w sytuacjach wymagających odkrytej głowy. Na cześć wynalazcy nazywano ten rodzaj nakrycia głowy gimbusem lub szapoklakiem (fr. chapeau claque), od dźwięku wydawanego przez sprężynę, która odskakując (po odpowiednim uderzeniu rondkiem o ramię), przywracała cylindrowi pierwotny kształt.

Ale nie zawsze ten szykowny element męskiego ubioru cieszył się podziwem i zachwytem. Na ziemiach polskich w okresie zaborów dokonało się swoiste „potępienie cylindra”. Panowie weń ustrojeni postrzegani byli przez patriotycznie nastawione społeczeństwo jako schlebiający cudzoziemskiej modzie kosmopolici. Zdarzało się, szczególnie w okresie żałoby narodowej (1861–1866), że bywali oni celem ataków co bardziej krewkich patriotów. Cylindry zrzucano i deptano, a zdarzało się, że spłaszczano je wprost na głowie delikwenta.

Kto by pomyślał, że dumny, wypieszczony cylinder, główna ozdoba męskiej głowy, po błyskotliwej karierze przez cały XIX wiek i niemal połowę XX zostanie zdegradowany do roli elementu munduru kominiarza, uniformu odźwiernego w luksusowym hotelu czy atrybutu cyrkowego magika. Jeszcze resztką dawnej świetności może czasem zajaśnieć podczas zawodów hippicznych na głowie eleganckiego jeźdźca czy amazonki lub pojawić się jako rekwizyt karnawałowego kostiumu.

Od lat dwudziestych noszono również słomkowe kapelusze z szerokim rondem (wąskim u schyłku wieku), opasane wstążką, jako element stroju rekreacyjnego stosownego podczas wypoczynku na wsi lub letniej podróży. Do strojów sportowych i na polowania wkładano czapki z daszkiem typu kaszkiet. W drugiej połowie wieku asortyment męskich nakryć głowy wzbogacił się o melonik – kapelusz, jak sugeruje nazwa, podobny do połówki melona. Był stosunkowo niewielki, o sztywnej, twardej, półokrągłej główce, z wąskim rondem i o podwiniętej do góry krawędzi. Na początku następnego wieku melonik stał się ulubionym elementem stroju urzędnika londyńskiego City, a także agenta carskiej ochrany (tajnej policji).
A czym okrywał się dziewiętnastowieczny dżentelmen? Na początku wieku, w cesarskich czasach Napoleona, modny stał się długi, obszerny płaszcz carrick z wielowarstwowym, pelerynowatym kołnierzem. Nazwę przejął od powozu, w którym często i chętnie odbywano w nim przejażdżki.

Od 1820 roku zaczęto nosić redingot, długi do kolan, o rozkloszowanych połach, wzorowany na angielskich płaszczach przeciwdeszczowych. Następnie paletot, luźniejszy i dłuższy od surduta, który początkowo noszony był na kamizelce, jednak z czasem jako okrycie wierzchnie. Powodzeniem cieszyły się również zamaszyste peleryny, tak ulubione przez romantycznych artystów.

Elegancki mężczyzna biżuterii używał powściągliwie, korzystając z jej ograniczonego asortymentu. Ozdobę męskiej garderoby stanowiły (głównie złote) dewizki do zegarków, spinki do mankietów, szpilki do krawatów i koszul, wykonywane z kamieni szlachetnych i półszlachetnych, korali (często rzeźbionych), pereł oprawnych w złoto lub srebro. Męskie dłonie zdobił sygnet i obrączka ślubna. Zdarzały się jednak swoiste curiosa, jak na przykład panująca w latach sześćdziesiątych moda na guziki, w których umieszczano za szkłem rozmaite pamiątki, czy to z podróży (muszelki), czy to rodzinne (włosy żony lub mleczne zęby dzieci).

W Polsce po upadku powstania listopadowego, w zaborze rosyjskim, jako męski strój narodowy zaczęto nosić krótką, sukienną czmarę. Był to ubiór zapinany na jeden rząd guzików, z szamerunkiem na przodzie torsu i stojącym kołnierzem bez klap. Wbrew zakazowi władz carskich w okresie żałoby narodowej obok czarnych sukien pań pojawiła się czarna czamara jako manifestacja uczuć patriotycznych. Noszący ją mężczyźni byli represjonowani. Aby upokorzyć Polaków, rosyjscy żandarmi obcinali taśmy i poły czamar, a z głów strącali im konfederatki.

W zaborze austriackim, o znacznie łagodniejszym rygorze, mieszkańcy ze sfer arystokratycznych i ziemiańskich wprowadzili modę na przywdziewanie stroju narodowego, a więc kontuszy, żupanów, kołpaków z kitami podczas rodzinnych uroczystości, ślubów, pogrzebów. Za przyzwoleniem władz w Galicji strój kontuszowy stał się ubiorem reprezentacyjnym na wszelkie uroczystości życia publicznego i politycznego. Zdarzało się, że te dawne staropolskie stroje zamawiano zagranicą – kontusze w Wiedniu, a pasy w Wiedniu lub na Morawach. Często były one dalekie od oryginału, stając się przedmiotem drwin znawców, którzy nazywali te wyroby „surdutami lub paltotami z wylotami”. No cóż, ale w czasach gdy Polski nie było na mapach, nawet takie nieudolne podróbki narodowego stroju krzepiły serca tęskniące za wolną ojczyzną.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat