Synowie króla Jana Sobieskiego: Aleksander, Konstanty i Jan, artysta nieokreślony, 1685, Muzeum Narodowe w Krakowie
Główna Konkurs Dziecko Ubiory dziecięce Moda XVII w. Moda XVIII w. Moda XIX w. Tkaniny Rekonstrukcje Inne
Moda XVIII w.
Moda rokokowa
Styl życia
Higiena i kosmetyka rokoka
Robe à la française
Bawety
Sznurówka
Rogówka
Wykwintne koronki
Angażanty
Koronki
Fichu
Akcesoria mody damskiej
Fryzury i nakrycia głowy
Biżuteria
Wachlarze
Rękawiczki
Torebki
Pantofelki i pończochy
Garderoba damska
Ubiór codzienny
Dezabil
Caraco
Robe à la polonaise
Robe à la anglaise
Szustokory
Habit à la française
Hafty i guziki
Fraki
Akcesoria mody męskiej
Fryzury i nakrycia głowy
Wykwintne koronki
Kamizelki
Culotte
Pończochy i pantofle
Garderoba męska
Robe de chambre
Moda sportowa w XVIII wieku
Higiena i kosmetyka rokoka
Joanna Kościelniak
Epoka rokoka, która rozpoczęła się około roku 1720, a umarła wraz z monarchią francuską, lansowała styl życia niezwykle wyrafinowany, pełen elegancji, wdzięku, swobody obyczajów, trochę lekkomyślny, hołdujący zabawie, flirtom, przyjemności i niefrasobliwości. Ta hedonistyczna filozofia przejawiała się nie tylko w sztuce, w życiu towarzyskim, sposobie bycia, lecz także w modzie tamtych czasów. Ideałem kobiecej urody i elegancji była dama przypominająca delikatną (jakże wtedy modną) figurkę z porcelany. A więc krucha, zwiewna postać o maleńkich stopach i dłoniach oraz białej, zdawałoby się, przezroczystej cerze. Aby uzyskać ten wymarzony wzór, w sukurs rokokowym paniom przychodziła moda i kosmetyka. Niestety higiena, która jest podstawą wszelkich zabiegów upiększających, została niemal zupełnie zarzucona. W tym czasie skupiano się na tuszowaniu skutków niehigienicznego trybu życia, a nie na jego przyczynach, czyli powstawało typowe błędne koło.
Zabiegi higieniczne
Kąpiele i mycie. Podstawowy codzienny "zabieg kąpielowy" polegał na umoczeniu koniuszków palców w wodzie różanej. Natomiast mycie całego ciała uważano za szkodliwe dla zdrowia, wobec czego starano się go unikać. Zdarzały się jednak chlubne wyjątki. Izabela z Czartoryskich marszałkowa Lubomirska zażywała ponoć kąpieli w łupinach winogron. Należy sądzić, że był to zabieg o motywacji bardziej kosmetycznej niż higienicznej; podobno takie kąpiele nadawały gładkość i delikatność skórze, na czym księżnej, niezwykle dbającej o swą powierzchowność, bardzo musiało zależeć.
Owa powściągliwość w korzystaniu z dobrodziejstw łaziebnych miała przykre konsekwencje, przede wszystkim dla zmysłu powonienia, choć nie tylko. Powodowała również choroby skórne (liszaje, świerzb, wykwity, krosty etc.). O ile to pierwsze było sprawą pewnego, nazwijmy to, dyskomfortu estetycznego, o tyle druga sprawa była już znacznie poważniejsza, gdyż zagrażała zdrowiu.
Pachnidła. Z przykrym zapachem radzono sobie przy pomocy rozmaitych pachnideł. Wylewano na siebie obficie strumienie wód aromatycznych – różanych, z kwiatów pomarańczy, wawrzynu śliwowego czy gorzkich migdałów. Wcierano w skórę wonne maści, zawierające żywice i olejki eteryczne pozyskiwane z roślin, których nadużywanie prowadziło do zawrotów głowy, a nawet mogło spowodować wymioty. Aby przyjemny zapach towarzyszył damie dłużej i skuteczniej maskował ten naturalny, używano małego sprytnego urządzenia, tak zwanej balsamki. Czym była owa balsamka, wyjaśnia Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej.
Balsamka, dawniej zwana banieczką, małe naczyńko, puszka, jabłuszko ze złota, srebra lub kryształu na balsamy i rozmaite wonie, przez białogłowy zawieszane na szyi lub noszone za gorsem, było w dawnych czasach koniecznym sprzętem w gotowalni zamożniejszych niewiast. Zniewieściały Stanisław August miał zawsze przy sobie balsamkę z pachnidłem...
Trzeba dodać, że propagatorami tej mody byli przede wszystkim mężczyźni. Wespazjan Kochowski, wybitny historyk i poeta epoki baroku, w swych Epigramatach wyraźnie wskazuje na propagatorów owej popularnej mody.
Gach, doktór, prałat, dama, swoje maszczą dłonie,
Tylko aby sabejskie od nich czuto wonie.
Skąd ten zapach? to wszystkim niech nie będzie tajno,
Uryna rysia, ptasi gnój i szczurze łajno.
Higiena głowy. Skoro nie dbano o podstawową higienę ciała, to, jak łatwo się domyślić, ignorowano również czystość włosów i głowy. A to w konsekwencji niosło ze sobą nader dokuczliwe skutki.
Na przestrzeni epoki fryzury damskie przeszły zadziwiającą metamorfozę. Od niskich początkowo, upinanych wokół głowy loków, przybranych sztucznymi kwiatami, wstążkami i klejnocikami, po trudne do udźwignięcia ogromne i kunsztowne konstrukcje.
Przez cały ten okres zarówno kobiety, jak i mężczyźni nosili peruki, zmieniała się tylko ich wielkość. Fryzury z naturalnych bądź sztucznych włosów były obficie pudrowane. Do tego celu używano mąki ryżowej lub, zwłaszcza do peruk, lekko rozdrobnionej skrobi. Obowiązującym kolorem był biały albo jasnoszary, niekiedy jednak puder lekko barwiono na fioletowo, niebiesko, różowo bądź na żółto. Pudrowane peruki używane były do końca XVIII wieku, a pod koniec tego stulecia stały się elementem stroju galowego, dworskiego. W Anglii kres pudrowanym fryzurom położył podatek od pudru na głowie, pobierany przez rząd od roku 1795, wynosił on jedną gwineę rocznie!
Gdy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych fryzury doszły do monstrualnych rozmiarów, problemy higieniczne również osiągnęły swe apogeum. Na głowach modnych dam budowano na sztywnych podkładach i stelażach konstrukcje składające się z włosów własnych i sztucznych, z piór, klejnotów, koronek, tiulu, imitacji owoców, sztucznych kwiatów, figurek itp. Taka fryzura była niezwykle praco- i czasochłonna, a co za tym idzie, bardzo kosztowna. Starano się więc jak najdłużej utrzymać ją niezburzoną, aby drogie wyprawy do fryzjera odbywać jak najrzadziej. ("London Magazin" z 1768 roku donosił o pewnej damie, która "otworzyła" swą fryzurę dopiero po dziewięciu tygodniach.) Nie rozczesywano włosów, panie spały półsiedząc, ewentualnych poprawek dokonywano za pomocą specjalnej sklejającej i usztywniającej włosy pomady, po czym wszystko to obficie pudrowano. Powodowało to nader dokuczliwe konsekwencje. Przykry zapach brudnych, przetłuszczonych włosów i nieczyszczonych peruk maskowano, perfumując skrobiowy puder kwiatem pomarańczy, lawendą i kłączem kosaćca. We włosach i perukach masowo lęgły się wszy, pchły, a nawet zdarzali się w nich więksi mieszkańcy. (Lady Coke of Norfolk poroniła z przestrachu, gdy w swej fryzurze nagle odkryła myszy.) Z dokuczliwymi insektami radzono sobie w sposób charakterystyczny dla epoki, walcząc ze skutkami, a nie z ich przyczyną. Do tego celu służyły często pięknie wykonane przedmioty z cennych materiałów. Wykwintne damy i kawalerowie, aby sprawić ulgę kąsanej przez wszy i pchły skórze, dyskretnie używali drapaków na długiej rączce. Z czasem, korzystając z nich, nawet nie przerywali błyskotliwej konwersacji czy flirtu.
Drugim praktycznym urządzeniem był metalowy młoteczek (zdarzały się złote i srebrne!), którym zabijano uciążliwych lokatorów. Innym sposobem pozbycia się, a przynajmniej zmniejszenia liczby insektów były pułapki, które umieszczano we włosach. W środku takiego misternie rzeźbionego (często w kości słoniowej) pojemniczka z małymi otworkami znajdował się wacik albo kłębuszek wełny, nasączony krwią lub miodem, jako przynęta.
Skutkiem panującej powszechnie wszawicy oraz brakiem prawidłowej pielęgnacji skóry głowy i włosów był kołtun. Włosy wskutek ropnych wysięków zbijały się w ciągliwe kępy. Dolegliwość ta dotykała demokratycznie wszystkie warstwy społeczne, choć najczęściej spotykana była pośród najniższych stanów – chłopstwa i biedoty. Jeśli owa tak przykra przypadłość przydarzyła się damie z towarzystwa, osiemnastowieczny podróżnik J.J. Kausch radził:
przez cały czas choroby można sobie zaoszczędzić fryzowania, wystarczy tylko rano nieco poprawić i za pomocą pomady i pudru wykończyć fryzurę.
Higiena jamy ustnej. Wiek XVIII to okres dynamicznego rozwoju stomatologii. We Francji już wówczas wydawano liczne dzieła i rozprawy naukowe na ten temat. Autorem najbardziej znaczącego dzieła, pierwszego nowożytnego podręcznika stomatologii, był Piotr Fauchard de Grandmesnil (1678–1761), chirurg, oficer Marynarki Królewskiej. Nosiło ono tytuł Chirurg-dentysta, czyli traktat o zębach, w którym naucza się sposobów ich utrzymania w czystości i zdrowiu, upiększania, uzupełniania ubytków, leczenia wszelkich chorób, w tym dziąseł, oraz wszelkich przypadłości, które mogą przydarzyć się okolicom sąsiadującym z zębami. Brzmi to imponująco. Ale nauka nauką, a życie życiem. Powszechnie nie dbano o higienę jamy ustnej. Mimo że białe i kompletne uzębienie było jak najbardziej pożądane, zębów nie czyszczono i nie leczono. (Pierwszą szczoteczkę do zębów, produkowaną masowo, stworzył w roku 1780 w Anglii William Addis.) Aby uzyskać upragniony efekt, w zęby wcierano różne pasty wybielające, których podstawowym składnikiem była kreda. Skutek tych zabiegów był jednak tylko taki, że młodzi jeszcze ludzie tracili zęby z powodu próchnicy. Aby się pozbyć przykrego zapachu z ust, który był naturalną konsekwencją braku dbałości o zęby, stosowano rozmaite płukanki, sporządzane na bazie mięty lub szałwii, ale wszystko to raczej z mizernym skutkiem. Damom przychodził w sukurs wachlarz, z którym się nie rozstawały. Był nieodzownym atrybutem każdej modnej rokokowej elegantki. Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów tak pisze:
Bez wachlarza nigdy nie były w drodze i na przechadzce, a nawet i w domach zasłaniały się nim od słońca i chłodziły powiewaniem onego, mianowicie kiedy były tańcem lub inną jaką agitacyją zmordowane.
Wachlarz pełnił jeszcze jedną praktyczną funkcję. Dama, która nie mogła pochwalić się nieskazitelnym uśmiechem i wonnym oddechem, używała go jako swoistej zapory, aby nie odstraszyć interesującego się nią czy już zakochanego interlokutora. Panom pozostawała koronkowa chusteczka bądź mankiet szustokora.
Właściwie głównym i nierzadko jedynym zabiegiem dentystycznym było usunięcie chorego, bolącego zęba, który, jak powszechnie wierzono, został zniszczony przez zalęgłe w nim… robaki.
Operację tę przeprowadzali głównie wędrowni cyrulicy, domorośli wyrywacze, często szarlatani, którzy uprawiali swoje rzemiosło na jarmarkach i placach miejskich, czyniąc z niego przedstawienie dla gawiedzi, często przy muzyce i popisach towarzyszących im akrobatów lub aktorów. Zamożniejsi klienci byli obsługiwani u siebie w domu, oczywiście za odpowiednią opłatą.
Najbogatsi pacjenci mogli uzupełnić braki w uzębieniu sztucznymi zębami albo nawet całymi protezami, które już wtedy stosowano.
Claude Mouton, nadworny dentysta króla Ludwika XV, w swoim dziele Esej o ortodoncji albo traktat o sztucznych zębach, pochodzącym z 1746 roku, tak pisał:
Zdarza się, że osoby, którym same wypadły zęby, przychodzą do dentysty, by zobaczyć, czy nie jest możliwe ich ponowne wstawienie (...). Przymocowuje się je jako zęby sztuczne, tak iż nadal spełniają swą funkcję.
Podobnie o zębach osób zmarłych:
(...) zęby osób zmarłych w wypadkach lub nagle są bardzo dobre, gdyż ani ich kolor, ani ich barwa nie zdążyły ulec zepsuciu,
czy o zębach zwierząt:
wół jest zwierzęciem, które dostarcza nam najczęściej broni przeciwko samemu sobie. Ząb wołu jest wyśmienity w użyciu.
Zaiste osobliwy to recycling. Robiono też koronki i protezy z porcelany.
Kosmetyka
Eleganckie damy i kawalerowie, aby zbliżyć się do ideału piękna obowiązującego w okresie rokoka, używali bogatego arsenału środków upiększających i maskujących defekty urody. Cera bowiem musiała być porcelanowo biała, a wszelkie jej skazy dokładnie ukryte. Tych jednak było co nie miara.
XVIII wiek to czas nawracających epidemii chorób zgarniających obfite żniwo śmierci wśród mieszkańców ówczesnej Europy. Do najgroźniejszych należała czarna ospa. Tym, którzy na nią zapadli i udało im się przeżyć, zostawiała ona pamiątkę w postaci głębokich dziobów na skórze, które szpeciły głównie twarz i dekolt. Choć trzeba przyznać, że masowość występowania tego defektu sprawiała, iż był on jakby mniej zauważalny, a sławnym polskim damom tamtego okresu nie przeszkadzał nawet osiągać erotyczno-miłosnych sukcesów. Tu wystarczy wspomnieć takie postaci, jak Izabella z Flemmingów Czartoryska czy wieloletnia przyjaciółka ostatniego polskiego króla Stanisława Augusta – Elżbieta Grabowska, o której powiadano, że była tak dziobata, jakby diaskowie na twarzy groch z ferworem młócili.
Libertyńskie podejście do życia oraz powszechne rozluźnienie obyczajów, zgodne z filozofią epoki, sprzyjało szerzeniu się chorób wenerycznych, które również zostawiały na skórze swoiste "pamiątki". Bawiący podówczas w Warszawie podróżnik i lekarz Johann Joseph Kausch tak to relacjonował:
(...) zepsucie obyczajów jest tak wielkie, iż uważa się tę chorobę (syfilis) za dowód galanterii i że wśród ludzi wyższej klasy do dobrego tonu należy żartować sobie na ten temat, a nawet szczycić się ilością posiadanych blizn…
Pięknidła. Czyniły to zarówno kobiety, jak i wytworni mężczyźni, hołdujący obowiązującej modzie. Nakładano je na twarz, szyję i dekolt. Specyfik ten skutecznie zatykał pory, powodując zgrubienia naskórka. Najskuteczniejsze (najlepiej przylegające i maskujące) bielidło miało w swoim składzie biel ołowianą. Znajdujący się w nim ołów wnikał przez skórę do krwi, powodując nie tylko trwałe zmiany skórne, ale nawet zaburzenia psychiczne. Od częstego stosowania tego specyfiku cera robiła się szara, daleka od upragnionej porcelanowej przeźroczystości. Cóż zatem trzeba było zrobić, aby ukryć ślady po ospie i chorobach wenerycznych, zgubienia, blizny, ziemisty kolor i wszelkie inne defekty skóry? Należało nałożyć jeszcze grubszą warstwę bielidła! Przy czym hojnie używano perfumowanego pudru z mąki ryżowej lub tańszej zbożowej, osypując nim twarz, szyję, dekolt, a nawet zahaczając o fryzurę, jeśli była z naturalnych włosów. Na taki podkład szczodrze nakładano najrozmaitsze róże (zwane też barwiczkami, rumienidłami czy czerwienidłami), którymi damy "lice piększyły i rumieńca sobie przydawały" (Zygmunt Gloger). Sporządzano je, dodając "karmin, krokosz lub cynober" – ten ostatni miał wątpliwy wpływ na zdrowie, gdyż zawierał w swoim składzie siarczek rtęci.
Wacław Potocki zwraca się ostro przeciw bielidłu w wierszu Nieuważne ożenienie:
Głupiaś, pyszna, uboga, zła jako jaszczurka,
Cóż cię zamąż wydało? Ta bielona skórka?
..................................................................
Na cóż farbę do Polskiej Francuz wniósł i Niemiec,
O, nader nieszczęsne bielidło!
Pudru używali także mężczyźni, i to zarówno do peruk, jak i do twarzy. I znów Potocki daje nam wyborny obraz, jak
Się sam jegomość z cudzoziemska stroi, Z pudru, jak szczur z mąki, albo gdy w otręby Mysz wpadnie, patrzy.
Pewna anegdota mówi, że marszałkowa Izabela Lubomirska, chcąc podkreślić subtelność swej cery, malowała sobie na skroniach delikatne bladoniebieskie żyłki.
Usta podkreślano szminkami o żywych, czerwonych barwach, brwi zaś czerniono, używając do tego celu na przykład spalonych na węgiel migdałów. Poeta Wespazjan Kochowski tak mówi do elegantki:
Pal migdały na węgiel, ażeby barwiczki
Czarnej nabrały barwiczki.
Jeśli mimo tak drakońskich zabiegów dama nadal nie była zadowolona ze swego wyglądu, ratowała się, wykorzystując w tym celu modne elementy stroju. Zniszczoną skórę dekoltu przysłaniała fiszu – trójkątną chustą z cienkiego zdobionego haftem muślinu lub płótna albo równie efektowną pelerynką. Defekty skóry dłoni i przedramion pomagały jej ukryć mitenki, czyli długie do łokcia rękawiczki bez palców.
Niezwykle modne w tamtym czasie muszki, czyli plasterki piękności, ukrywały szpecące ślady po ospie, pryszcze, wągry i inne niedoskonałości cery, których nie zdołała pokryć gruba warstwa bielidła. Niewielkie muszki robiono z jedwabiu, tafty i skóry. Przeważnie były one okrągłe i czarne, ale dostępne były również muszki w kształtach zwierzątek, gwiazdek, księżyców, serduszek oraz w kolorze szkarłatnym. Podobno księżna Newcastle upiększała twarz muszkami w kształcie karocy zaprzężonej w konie. Wacław Potocki w Ogrodzie fraszek wyśmiewa tę modę:
Panny wieńców nie noszą, mężątki nie czepią,
Wszystkie czubią opłasznie, wszystkie muchy lepią,
Czarne się bielą, białe na przepych naturze
Z czarnych płatków w rozlicznej rozstrzygszy figurze
Muchy, osy, pająki, bez mała i żaby,
Jaszczurki, węże lepią po gębie...
Muszki miały różne nazwy i symboliczną wymowę: ta w końcu oka była "rozkochana", na policzku "uprzejma", na nosie "śmiała", na wardze "całuska" itd.
Zabiegi pielęgnacyjne. Czasami dawano jednak odpocząć skórze zmęczonej stosowanymi bez opamiętania kosmetykami. Do oczyszczania stosowano mleczka i emulsje przygotowywane między innymi z nasion konopi, migdałów i pistacji. A że były one produktami bardzo nietrwałymi, konserwowano je szkodliwymi solami. Aby przywrócić jędrność skórze, oczyścić ją i ściągnąć rozszerzone pory, używano octów winnych – preferowano osty różane, cytrynowe, ogórkowe, malinowe i kamforowe. Najpopularniejszy był francuski ocet toaletowy vinaigre de toilette.
Dużym powodzeniem cieszyła się też larendogra, której przypisywano cudowne właściwości odmładzające i odświeżające cerę. Stosowano ją leczniczo wewnętrznie oraz zewnętrznie do przecierania twarzy i dekoltu, a także jako perfumy. Larendogra (franc. L'eau de la reine d'Hongrie), czyli "woda królowej węgierskiej", gdyż wynalezienie jej przypisywano królowej Elżbiecie, córce Władysława Łokietka i żonie króla węgierskiego Karola Roberta, była to nalewka zawierająca początkowo ziele rozmarynu i tymianku pospolitego. W późniejszych przepisach w jej składzie widnieje dodatkowo lawenda, mięta, szałwia, majeranek, cytryna i kwiat gorzkiej pomarańczy.
Rozalia z Chodkiewiczów Lubomirska (jedyna Polka zgilotynowana podczas Rewolucji Francuskiej!) jako nastolatka pisała z dalekiego Czarnobyla do brata Wacława, studiującego w Warszawie, że chce:
(...) dziękować jak najpokorniej za przysłanie muszek, pomady, larendogry i oznajmić, że wszystko odebrałam w całości i dziękuję za jego pamięć.
Według doniesień ówczesnych kronikarzy ta sławna nalewka ponoć cudownie działała na królową Elżbietę. Mamy nadzieję, że na małą elegantkę z dalekiej Ukrainy także.
Do pielęgnacji skóry rąk stosowano specjalnie przygotowywane mączki i ciasta, a do nadania jej delikatności – oliwę i pomady. Opuchniętej twarzy ulgę niosły kataplazmy (ciepłe okłady) z ciasta pszennego.
Brak właściwej pielęgnacji i używanie kosmetyków zawierających substancje szkodliwe powodowały nie tylko poważne komplikacje zdrowotne, ale również szybki gaśnięcie urody ówczesnych piękności. A zatem zgodnie z filozofią tej epoki trzeba było żyć szybko, intensywnie i wykorzystać nieuwiędłe jeszcze wdzięki.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat