Portret rodzinny Jana III,  Henri Gascar, 2 poł. XVII w. ,  Kraków, Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu
Główna Konkurs Moda i obyczaje Ubiory polskie Ubiory obce Tkaniny Słownik Bibliografia Inne
Moda i obyczaje
O gościach i obyczajach
Francuskie ekstrawagancje
Orient na dworze Jana III
Król o wielkim umyśle
Sarmackie twarze Polaków
Higiena
Pompa pogrzebowa w kulturze staropolskiej
Zabytki sztuki namiotnictwa
Higiena osobista
Joanna Kościelniak
Z przykrym zapachem radzono sobie przy pomocy rozmaitych pachnideł. Wylewano na siebie obficie strumienie wód aromatycznych – różanych, z kwiatów pomarańczy, wawrzynu śliwowego czy gorzkich migdałów. Wcierano w skórę wonne maści, zawierające żywice i olejki eteryczne pozyskiwane z roślin, których nadużywanie prowadziło do zawrotów głowy, a nawet mogło spowodować wymioty. Aby przyjemny zapach towarzyszył damie dłużej i skuteczniej maskował ten naturalny, używano małego sprytnego urządzenia, tak zwanej blsamki. Czym była owa balsamka, wyjaśnia Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej.
Balsamka, dawniej zwana banieczką, małe naczyńko, puszka, jabłuszko ze złota, srebra lub kryształu na balsamy i rozmaite wonie, przez białogłowy zawieszane na szyi lub noszone za gorsem, było w dawnych czasach koniecznym sprzętem w gotowalni zamożniejszych niewiast.
Trzeba dodać, że propagatorami tej mody byli przede wszystkim mężczyźni. Wespazjan Kochowski, wybitny historyk i poeta epoki baroku, w swych Epigramatach wyraźnie wskazuje na propagatorów owej popularnej mody.
Gach, doktór, prałat, dama, swoje maszczą dłonie,
Tylko aby sabejskie od nich czuto wonie.
Skąd ten zapach? to wszystkim niech nie będzie tajno,
Uryna rysia, ptasi gnój i szczurze łajno.
Higiena głowy
Skoro nie dbano o podstawową higienę ciała, to, jak łatwo się domyślić, ignorowano również czystość włosów i głowy. A to w konsekwencji niosło ze sobą nader dokuczliwe skutki.
Skutkiem panującej powszechnie wszawicy oraz brakiem prawidłowej pielęgnacji skóry głowy i włosów był kołtun. Włosy wskutek ropnych wysięków zbijały się w ciągliwe kępy. Dolegliwość ta dotykała demokratycznie wszystkie warstwy społeczne, choć najczęściej spotykana była pośród najniższych stanów – chłopstwa i biedoty.
Higiena jamy ustnej
Wiek XVII to okres dynamicznego rozwoju stomatologii. We Francji już wówczas wydawano liczne dzieła i rozprawy naukowe na ten temat. Autorem najbardziej znaczącego dzieła, pierwszego nowożytnego podręcznika stomatologii, był Piotr Fauchard de Grandmesnil (1678–1761), chirurg, oficer Marynarki Królewskiej. Nosiło ono tytuł Chirurg-dentysta, czyli traktat o zębach, w którym naucza się sposobów ich utrzymania w czystości i zdrowiu, upiększania, uzupełniania ubytków, leczenia wszelkich chorób, w tym dziąseł, oraz wszelkich przypadłości, które mogą przydarzyć się okolicom sąsiadującym z zębami. Brzmi to imponująco. Ale nauka nauką, a życie życiem. Powszechnie nie dbano o higienę jamy ustnej. Mimo że białe i kompletne uzębienie było jak najbardziej pożądane, zębów nie czyszczono i nie leczono. (Pierwszą szczoteczkę do zębów, produkowaną masowo, stworzył w roku 1780 w Anglii William Addis.) Aby uzyskać upragniony efekt, w zęby wcierano różne pasty wybielające, których podstawowym składnikiem była kreda. Skutek tych zabiegów był jednak tylko taki, że młodzi jeszcze ludzie tracili zęby z powodu próchnicy. Aby się pozbyć przykrego zapachu z ust, który był naturalną konsekwencją braku dbałości o zęby, stosowano rozmaite płukanki, sporządzane na bazie mięty lub szałwii, ale wszystko to raczej z mizernym skutkiem. Damom przychodził w sukurs wachlarz, z którym się nie rozstawały. Był nieodzownym atrybutem każdej modnej elegantki. Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów tak pisze:
Bez wachlarza nigdy nie były w drodze i na przechadzce, a nawet i w domach zasłaniały się nim od słońca i chłodziły powiewaniem onego, mianowicie kiedy były tańcem lub inną jaką agitacyją zmordowane.
Wachlarz pełnił jeszcze jedną praktyczną funkcję. Dama, która nie mogła pochwalić się nieskazitelnym uśmiechem i wonnym oddechem, używała go jako swoistej zapory, aby nie odstraszyć interesującego się nią czy już zakochanego interlokutora. Panom pozostawała koronkowa chusteczka bądź mankiet szustokora.
Właściwie głównym i nierzadko jedynym zabiegiem dentystycznym było usunięcie chorego, bolącego zęba, który, jak powszechnie wierzono, został zniszczony przez zalęgłe w nim… robaki.
Operację tę przeprowadzali głównie wędrowni cyrulicy, domorośli wyrywacze, często szarlatani, którzy uprawiali swoje rzemiosło na jarmarkach i placach miejskich, czyniąc z niego przedstawienie dla gawiedzi, często przy muzyce i popisach towarzyszących im akrobatów lub aktorów. Zamożniejsi klienci byli obsługiwani u siebie w domu, oczywiście za odpowiednią opłatą.
Najbogatsi pacjenci mogli uzupełnić braki w uzębieniu sztucznymi zębami albo nawet całymi protezami, które już wtedy stosowano.
Claude Mouton, nadworny dentysta króla Ludwika XV, w swoim dziele Esej o ortodoncji albo traktat o sztucznych zębach, pochodzacym z 1746 roku, tak pisał:
Zdarza się, że osoby, którym same wypadły zęby, przychodzą do dentysty, by zobaczyć, czy nie jest możliwe ich ponowne wstawienie (...). Przymocowuje się je jako zęby sztuczne, tak iż nadal spełniają swą funkcję.
Podobnie o zębach osób zmarłych:
(...) zęby osób zmarłych w wypadkach lub nagle są bardzo dobre, gdyż ani ich kolor, ani ich barwa nie zdążyły ulec zepsuciu,
czy o zębach zwierząt:
wół jest zwierzęciem, które dostarcza nam najczęściej broni przeciwko samemu sobie. Ząb wołu jest wyśmienity w użyciu.
Zaiste osobliwy to recycling. Robiono też koronki i protezy z porcelany.
Kosmetyka
Eleganckie damy i kawalerowie, aby zbliżyć się do ideału piękna obowiązującego w okresie baroku, używali bogatego arsenału środków upiększających i maskujących defekty urody. Cera bowiem musiała być porcelanowo biała, a wszelkie jej skazy dokładnie ukryte. Tych jednak było co nie miara.
XVII i XVIII wiek to czas nawracających epidemii chorób zgarniających obfite żniwo śmierci wśród mieszkańców ówczesnej Europy. Do najgroźniejszych należała czarna ospa. Tym, którzy na nią zapadli i udało im się przeżyć, zostawiała ona pamiątkę w postaci głębokich dziobów na skórze, które szpeciły głównie twarz i dekolt. Choć trzeba przyznać, że masowość występowania tego defektu sprawiała, iż był on jakby mniej zauważalny, a sławnym polskim damom tamtego okresu nie przeszkadzał nawet osiągać erotyczno-miłosnych sukcesów. Tu wystarczy wspomnieć takie postaci, jak Izabella z Flemmingów Czartoryska czy wieloletnia przyjaciółka ostatniego polskiego króla Stanisława Augusta – Elżbieta Grabowska, o której powiadano, że była tak dziobata, jakby diaskowie na twarzy groch z ferworem młócili.
Libertyńskie podejście do życia oraz powszechne rozluźnienie obyczajów, zgodne z filozofią epoki, sprzyjało szerzeniu się chorób wenerycznych, które również zostawiały na skórze swoiste "pamiątki". Bawiący podówczas w Warszawie podróżnik i lekarz Johann Joseph Kausch tak to relacjonował:
(...) zepsucie obyczajów jest tak wielkie, iż uważa się tę chorobę (syfilis) za dowód galanterii i że wśród ludzi wyższej klasy do dobrego tonu należy żartować sobie na ten temat, a nawet szczycić się ilością posiadanych blizn…
Pięknidła
Czyniły to zarówno kobiety, jak i wytworni mężczyźni, hołdujący obowiązującej modzie. Nakładano je na twarz, szyję i dekolt. Specyfik ten skutecznie zatykał pory, powodując zgrubienia naskórka. Najskuteczniejsze (najlepiej przylegające i maskujące) bielidło miało w swoim składzie biel ołowianą. Znajdujący się w nim ołów wnikał przez skórę do krwi, powodując nie tylko trwałe zmiany skórne, ale nawet zaburzenia psychiczne. Od częstego stosowania tego specyfiku cera robiła się szara, daleka od upragnionej porcelanowej przeźroczystości. Cóż zatem trzeba było zrobić, aby ukryć ślady po ospie i chorobach wenerycznych, zgubienia, blizny, ziemisty kolor i wszelkie inne defekty skóry? Należało nałożyć jeszcze grubszą warstwę bielidła! Przy czym hojnie używano perfumowanego pudru z mąki ryżowej lub tańszej zbożowej, osypując nim twarz, szyję, dekolt, a nawet zahaczając o fryzurę, jeśli była z naturalnych włosów. Na taki podkład szczodrze nakładano najrozmaitsze róże (zwane też barwiczkami, rumienidłami czy czerwienidłami), którymi damy "lice piększyły i rumieńca sobie przydawały" (Zygmunt Gloger). Sporządzano je, dodając "karmin, krokosz lub cynober" – ten ostatni miał wątpliwy wpływ na zdrowie, gdyż zawierał w swoim składzie siarczek rtęci.
Wacław Potocki zwraca się ostro przeciw bielidłu w wierszu Nieuważne ożenienie:
Głupiaś, pyszna, uboga, zła jako jaszczurka,
Cóż cię zamąż wydało? Ta bielona skórka?
..................................................................
Na cóż farbę do Polskiej Francuz wniósł i Niemiec,
O, nader nieszczęsne bielidło!
Usta podkreślano szminkami o żywych, czerwonych barwach, brwi zaś czerniono, używając do tego celu na przykład spalonych na węgiel migdałów. Poeta Wespazjan Kochowski tak mówi do elegantki:
Pal migdały na węgiel, ażeby barwiczki
Czarnej nabrały barwiczki.
Niezwykle modne w tamtym czasie muszki, czyli plasterki piękności, ukrywały szpecące ślady po ospie, pryszcze, wągry i inne niedoskonałości cery, których nie zdołała pokryć gruba warstwa bielidła. Niewielkie muszki robiono z jedwabiu, tafty i skóry. Przeważnie były one okrągłe i czarne, ale dostępne były również muszki w kształtach zwierzątek, gwiazdek, księżyców, serduszek oraz w kolorze szkarłatnym. Podobno księżna Newcastle upiększała twarz muszkami w kształcie karocy zaprzężonej w konie. Wacław Potocki w Ogrodzie fraszek wyśmiewa tę modę:
Panny wieńców nie noszą, mężątki nie czepią,
Wszystkie czubią opłasznie, wszystkie muchy lepią,
Czarne się bielą, białe na przepych naturze
Z czarnych płatków w rozlicznej rozstrzygszy figurze
Muchy, osy, pająki, bez mała i żaby,
Jaszczurki, węże lepią po gębie...
Muszki miały różne nazwy i symboliczną wymowę: ta w końcu oka była "rozkochana", na policzku "uprzejma", na nosie "śmiała", na wardze "całuska" itd.
Zabiegi pielęgnacyjne
Czasami dawano jednak odpocząć skórze zmęczonej stosowanymi bez opamiętania kosmetykami. Do oczyszczania stosowano mleczka i emulsje przygotowywane między innymi z nasion konopi, migdałów i pistacji. A że były one produktami bardzo nietrwałymi, konserwowano je szkodliwymi solami. Aby przywrócić jędrność skórze, oczyścić ją i ściągnąć rozszerzone pory, używano octów winnych – preferowano osty różane, cytrynowe, ogórkowe, malinowe i kamforowe. Najpopularniejszy był francuski ocet toaletowy vinaigre de toilette.
Dużym powodzeniem cieszyła się też larendogra, której przypisywano cudowne właściwości odmładzające i odświeżające cerę. Stosowano ją leczniczo wewnętrznie oraz zewnętrznie do przecierania twarzy i dekoltu, a także jako perfumy. Larendogra (franc. L'eau de la reine d'Hongrie), czyli "woda królowej węgierskiej", gdyż wynalezienie jej przypisywano królowej Elżbiecie, córce Władysława Łokietka i żonie króla węgierskiego Karola Roberta, była to nalewka zawierająca początkowo ziele rozmarynu i tymianku pospolitego. W późniejszych przepisach w jej składzie widnieje dodatkowo lawenda, mięta, szałwia, majeranek, cytryna i kwiat gorzkiej pomarańczy.
Rozalia z Chodkiewiczów Lubomirska (jedyna Polka zgilotynowana podczas Rewolucji Francuskiej!) jako nastolatka pisała z dalekiego Czarnobyla do brata Wacława, studiującego w Warszawie, że chce:
(...) dziękować jak najpokorniej za przysłanie muszek, pomady, larendogry i oznajmić, że wszystko odebrałam w całości i dziękuję za jego pamięć.
Według doniesień ówczesnych kronikarzy ta sławna nalewka ponoć cudownie działała na królową Elżbietę. Mamy nadzieję, że na małą elegantkę z dalekiej Ukrainy także.
Do pielęgnacji skóry rąk stosowano specjalnie przygotowywane mączki i ciasta, a do nadania jej delikatności – oliwę i pomady. Opuchniętej twarzy ulgę niosły kataplazmy (ciepłe okłady) z ciasta pszennego.
Brak właściwej pielęgnacji i używanie kosmetyków zawierających substancje szkodliwe powodowały nie tylko poważne komplikacje zdrowotne, ale również szybki gaśnięcie urody ówczesnych piękności.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat