Portret rodzinny Jana III,  Henri Gascar, 2 poł. XVII w. ,  Kraków, Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu
Główna Konkurs Moda i obyczaje Ubiory polskie Ubiory obce Tkaniny Słownik Bibliografia Inne
Moda i obyczaje
O gościach i obyczajach
Francuskie ekstrawagancje
Orient na dworze Jana III
Król o wielkim umyśle
Sarmackie twarze Polaków
Higiena
Pompa pogrzebowa w kulturze staropolskiej
Zabytki sztuki namiotnictwa
Sarmacka twarz Polaków
Ireneusz Poniński
Brzydkie malowanie, ale pędzel nie potrafił, mimo usilności, z jaką nad tym pracował, popsuć twarzy wspaniałych, poważnych, spokojnych. Przypatrzcie się tylko, jak im dobrze w tych sobolich i rysich szubach, pokrytych złocistymi i pąsowymi adamaszkami, w tych kwiecistych deliach, białych kontuszach, z rękami na szablach spartymi, z oczyma utkwionymi gdzieś w daleką przyszłość.
Józef Ignacy Kraszewski, Interesa familijne
Oto opis portretów pozostawiony przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, widującego jeszcze starych Polaków, na których wizerunkach trzeba się opierać, poznając oblicza i fryzury szlachty. Owa odmienność dawnych twarzy jest ważna. Wynika ona nie tylko z różnic stylistycznych i technologicznych sztuk przedstawiających, ale z tego, kim ci ludzie byli. A byli wychowywani i formowani w zupełnie innym kierunku niż my i na swój pokrój nie możemy sobie ich wyobrażać. Jeśli twarz jest bramą do duszy, to jej wyglądu nie można sprowadzać tylko do antropologii, skóry i włosów. Problem ten starał się wyrazić Jan Chrzciciel Greuze w obrazie tytułowanym jako Rozbity dzban z około 1770 roku. Zanim zajmiemy się wizerunkami, wobec których przywołany obraz jest całkowitym przeciwieństwem, spróbujmy z literatury, już z epoki, wyłowić opisy.
I tak bardzo ważna może się wydawać opublikowana przez przebywającego w Polsce w 1694 roku Bernarda O'Connora wiadomość, że Kazimierz I został zwolniony z klasztoru w Cluny między innymi pod warunkiem, że Polacy „będą już zawsze golili głowy wokół uszu jak mnisi (co praktykują do dziś)”. Twierdzenie to ma starą średniowieczną genezę – występuje w Żywocie mniejszym świętego Stanisława, tyle że na podstawie zachowanego materiału zabytkowego nie da się udowodnić ciągłości zwyczaju podgalania głów na sposób – jak to określono – mniszy. Zupełnie też inaczej polską młodzież opisał papież Pius II (1458–1464):
Oczy wszystkich najbardziej zwróciło na siebie poselstwo Króla Polski, które poprzedzali młodzieńcy pięknego oblicza, włosów płowych i kędzierzawych, z tyłu rozpuszczonych na wiatr, w zielonych ubraniach, siedzący na wysokich koniach, narodowym zwyczajem noszący u jednego boku kusze, a u drugiego miecz i kołczan ze skóry libijskiej niedźwiedzicy [tu nawiązuje do Wergiliusza] pełen strzał. Na włosach albo lekką czapkę z piórem, albo wieniec kwiatowy nieśli. Nadludzko piękny wydał się wygląd młodzieńców, którzy przed zbliżającym się Papieżem zeskoczyli z koni i padając na ziemię z przywódcami poselstwa, oddali hołd Zastępcy Zbawiciela, którego nigdy przedtem nie widzieli.
Można się więc domyślać, że średniowieczny zapis zgodził się Bernardowi O'Connorowi z tym, co zobaczył w Rzeczypospolitej, i problem z pozoru znalazł pełne wyjaśnienie. Podobne skojarzenia wyraża w tym czasie również Francuz de Mongrillon przy okazji opisu Rafała Leszczyńskiego, wojewody łęczyckiego:
Jest to niski człowiek, pełen rozumu i sprytu. Widać to z jego fizjonomii bardzo delikatnej i uduchowionej. Ma bardzo ładną głowę, wbrew zwyczajom Polaków niedbających wiele o swoje włosy, które noszą niezmiernie krótkie. Golą wokół głowy przestrzeń na szerokość dwóch palców, co daje [w efekcie] rodzaj klasztornej korony.
Niewątpliwie zaś o wyglądzie polskich Sarmatów zadecydowały wpływy wschodnie. W czasach nowożytnych konfrontacja ze Wschodem i wytworzenie właściwego do potrzeb stylu walki stanowiła jeden z najważniejszych problemów. Badania nad strojami polskich królów (noszenie się po polsku lub zgodnie z modą zachodnią) doprowadziły do wniosku, że ich sposób myślenia o wojskowości (stawianie na polskie lub zachodnie formacje) miał wpływ na to, jak sami się ubierali. Pamiętać bowiem trzeba, że nawet jeśli w tym czasie często już nie mamy do czynienia z portretami ludzi w zbrojach, to jednak nadal są to wizerunki przedstawicieli stanu rycerskiego i o militarnym charakterze. Są to twarze rycerzy, jak również statystów, muszą więc być, jak to określił Kraszewski, wspaniałe i poważne. Wspaniałość i powaga może zaś wywoływać wrażenie spokoju.
Ksiądz kanonik Szymon Starowolski w dziele Robak sumienia złego człowieka niebogobojnego i o zbawienie swoje niedbałego, wydanym około 1648 roku, zwracał zaś uwagę na samo znaczenie szlachectwa:
Szlachcicem tedy być nic inszego nie jest, tylko znacznym być, a znacznym cnotą między pospolitym człowiekiem, męstwem i dzielnością. Bo dlatego nazywany jest szlachcic po łacinie nobilis, że ma być nad insze notabilis, to jest znaczny cnotą; i kto naonczas, gdy herby i szlachectwa rozdawano, był znaczny cnotą i dzielnością między inszymi, temu szlachectwo dano. A tak czym dostali szlachectwa nasi przodkowie, tym je też potomkowie ich mają zachować, a czym go drudzy naonaczas nie dostali, kiedy go przodkowie dostawali, to jest, iż byli nikczemni cnotą, tymże byśmy je też i teraz słusznie tracić mieli. I któżkolwiek dzisiejszych czasów szlachectwem się tylko chlubi, a cnoty i dzielności przodków swych nie naśladuje, słusznie ma Panu Bogu dziękować, że się onych wieków nie narodził, kiedy szlachectwo rozdawano, bo by był pewnie szlachcicem nie został.
Wymienione wartości znakomicie nadawały się do demonstrowania w siedzibach, a nawet w świątyniach – obiektach, które miały trwać. Mamy więc tu do czynienia z ideałem twarzy, który w różnym stopniu mógł być osiągany. O tym, jak wielką przywiązywano wagę do znaczenia galerii przodków, świadczy przywołanie przez Starowolskiego myśli Seneki, którą streścił w żywocie wywodzącego się z niskiego stanu Jana Łobody, zamieszczonym w najsłynniejszym jego dziele – Wojownicy sarmaccy, że „sala pełna starych wizerunków przodków nie daje szlachectwa”. Nie wydaje się, by taki pogląd obowiązywał. Są zabytki, które świadczą o zapotrzebowaniu na portrety sarmackie znacznie przekraczającym ich podaż. Otóż w Muzeum w Sanoku znajduje się portret, który według trzech znajdujących się na nim podpisów miał być Konstantym Wiśniowieckim (1635–1686) wojewodą bełskim (i tak jest w istocie), Michałem Korybutem Wiśniowieckim królem polskim, wreszcie Dembińskim (Stanisławem?, 1708–1781) wojewodą krakowskim. Gdy tworzono galerie przodków, z braku autentycznego wizerunku posługiwano się portretem innej osoby. Wyniesiony w XVIII wieku ród Sołtyków, tworząc galerię przodków do stworzenia wizerunku jednego z antenatów, wykorzystał portret hetmana Stanisława Koniecpolskiego (1591–1646). Podobne praktyki były stosowane nie tylko przez magnaterię świeżej daty. Oto wielki ród Sapiehów, tworząc do kościoła w Kodniu jakby swe drzewo genealogiczne składające się z portretów, wykorzystał w potrzebie dla Jana Ferdynanda cześnika litewskiego (1629–1659) malowany wizerunek późniejszego hetmana Wincentego Gosiewskiego (przed 1620–1662), a dla Bohdana wojewody mińskiego (zm. 1593) najprawdopodobniej graficzny portret, będący odwróconą wersją malowanego, hetmana Jana Karola Chodkiewicza (1561‒1621), zamieniając tylko buzdygan, bo w ten sposób na rycinie zinterpretowana została buława z portretu olejnego, na którym grafika najprawdopodobniej się opiera, szablą. Na portrecie rzekomego Sołtyka nawet i tego nie uczyniono. Czasami więc podstawową funkcją portretów nie musiała być informacja o wyglądzie. Nie mniej jednak częstokroć ukazują oblicza tak wspaniałe, że warto skupić uwagę na nich samych.
Niewątpliwie wspaniała sarmacka twarz patrzy na nas z wizerunku Jana Karola Chodkiewicza, znajdującego się w Muzeum Okręgowym w Tarnowie. Potwierdza ona słowa, które wypowiedział o nim na pogrzebie kaznodzieja Fabian Birkowski:
Miał od Boga urodę taką, jaką miał mieć wielki hetman: twarz jego surowa na pierwszym wejrzeniu była majestatu pełna, prawie marsowa, czoła był wysokiego, nosa orlego, znak dostojeństwa hetmańskiego.
Można tu dodać, że broda hetmana strzyżona i czesana była na okrągło (podobny efekt uzyskuje się, czesząc brodę od spodu, co autor sprawdził osobiście). Warto zaznaczyć że długie wąsy skręcone na końcach nie opadają w dół i wyraźnie oddzielają się od reszty zarostu.
Zachowane wizerunki pozwalają zauważyć zmianę w kształtowaniu zarostu twarzy przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego. Na obrazie pędzla Hermana Hana, ukazującym Koronację Najświętszej Marii Panny w Pelplinie z lat 1623–1624, widzimy go z dość krótką brodą, obcinaną na okrągło. Z czasem jednak zapuścił długą brodę, jaką według relacji Karola Ogiera, przebywającego w Rzeczypospolitej w latach 1635–1636, nosiło niewielu.
W czasach obu hetmanów broda jednak nie była konieczna. Na drzeworycie towarzyszącym dziełu Wacława Kunickiego Obraz szlachcica polskiego..., z 1615 roku widzimy same wąsy i kosmyk włosów na czubku głowy. Później w ogóle broda wyszła z mody, tak więc przebywający w Rzeczypospolitej w latach sześćdziesiątych XVII wieku Gaspard de Tende, skarbnik królowej Ludwiki Marii Gonzagi, mógł napisać:
Polacy mają włosy ścięte powyżej uszu. Golą brody, pozostawiając jedynie długie wąsy. Kroczą dumnie z toporkiem w dłoni i przypiętą do boku szablą [...].
Najprawdopodobniej z powodu brody Stefan Czarniecki przez Jana Chryzostoma Paska (i chyba również żołnierzy) zwany był dziadem. Oceniając ją na podstawie portretu pędzla Brodera Matthisena z 1659 roku, trzeba stwierdzić, że przyszły hetman nie pielęgnował zarostu na twarzy z taką starannością, jakiej było trzeba, by broda prezentowała się jak na wizerunku Chodkiewicza – wyglądała ona dość skromnie.
Znakomitym wizerunkiem twarzy z samymi wąsami jest portret Jakuba Sobieskiego (1580–1646). Warto zaznaczyć, że jeśli noszono wyłącznie wąsy, jak ojciec króla Jana III, to również podkręcano je do góry. Niewątpliwie kształt wąsów podlegał przemianom. Można je nawet określić jako przemijającą modę. Około 1648 roku pojawia się nowy typ wąsów – nie podkręca się ich do góry. Widzimy je między innymi na portretach i rycinach ukazujących hetmanów litewskich: Janusza Radziwiłła i Wincentego Gosiewskiego (w czasie pozowania, jak to już wcześniej zostało wspomniane, do portretu Gosiewski jeszcze nie był hetmanem). Można snuć domysły i zastanawiać się, czy taka forma wąsów nie była zaczerpnięta od Kozaków. Sprawa wymaga badań, bardzo utrudnionych brakiem odpowiedniego materiału ikonograficznego. Warto zauważyć, że wąsy opuszczone i niezakręcone miał na portrecie, znanym obecnie tylko ze zdjęcia, starosta barski i trembowelski Bernard Pretwicz, zmarły w 1567 roku.
W drugiej połowie XVII stulecia będzie się coraz wyżej podwijało wąsy, co można zauważyć również na portretach króla sarmaty, a około początku kolejnego stulecia ustalił się obyczaj utrzymywania ich (w miarę możliwości) prawie w linii poziomej.
Nie można jednak powiedzieć, aby długie wąsy zupełnie zanikły. Znakomitym świadectwem noszenia długich wąsów jest namalowany w 1791 roku przez Józefa Peszkę portret Stanisława Kublickiego, znajdujący się obecnie na Zamku Królewskim w Warszawie. Były to czasy, gdy do stroju polskiego niekiedy wcale zarostu na twarzy nie noszono. Na przykład ubrany w „kontuszowy mundur generalski” Ignacy Morawski (zm. 1780) zarostu na twarzy nie posiada.
Zajmijmy się jeszcze może ostatnią wspaniałą sarmacką twarzą – Karola Stanisława Radziwiłła „Panie Kochanku”. Pisał o nim w Pamiętnikach Julian Ursyn Niemcewicz:
Był wyniosłej i ogromnej postaci; więcej sarmacką surowość i powagę niż nadobność i piękność na twarzy jego widziałeś. Na głowie wił się sieledziec, ogromny wąs zwieszał się do piersi. Ubiór jego jak najwspanialszy. Jeszcze w 1778, gdy [...] wchodził do senatu, rzekłbyś, że za Zygmunta Augusta wchodzi Mikołaj Radziwiłł.
Na zachowanych portretach Radziwiłł nie ma długich wąsów. Bardzo długie wąsy możemy jednak zobaczyć na portrecie Tadeusza Reytana, znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie. Wydaje się, że zwieszone bardzo długie wąsy mogły funkcjonować przez cały omawiany okres, podobnie jak nigdy całkowicie nie zanikła długa broda. Czasami jest ona pamiątką ciężkich przeżyć, jak w wypadku porwanego i wywiezionego do Rosji hetmana Wacława Rzewuskiego (1706–1779), innym razem, jak w wypadku Jana Stanisława Jabłonowskiego (1669–1731), przyczyny mogą być bardziej złożone, choć jej posiadacz również był więziony. Rzewuski jako obrońca wiary katolickiej, Jabłonowski – z powodów politycznych przez Augusta II. Obie te postaci pod względem kultury bardzo są ciekawe, nie mniej jednak Jabłonowski wydaje się postacią wybitniejszą. Jego zainteresowaniom artystycznym, literackim, historycznym mogła towarzyszyć głębsza duchowość, a świadczy o tym jego działalność jako tłumacza dzieł religijnych i tworzenie zbiorów modlitw. Obaj nie byli zadowolonymi z siebie sarmatami. Musiało im raczej towarzyszyć poczucie niespełnienia czy rezygnacji, tym subtelniej przeżywanej, im bardziej byli ludźmi wyrafinowanymi i zdającymi sobie sprawę z marności swego położenia. Rzewuski po powrocie z Rosji nie osiadł w swej wspaniałej rezydencji – Podhorcach, lecz w zupełnie dziś zapomnianych Siedliskach; Jabłonowski jako wojewoda ruski nie miał szans na dalszą karierę i mógł tylko rozważać i tworzyć zewnętrzne oznaki wspaniałości swego rodu.
Trzeba też wspomnieć o królu, który na niecałe dwa lata, oblicze swe odmienił na sarmackie. Był nim Jan Kazimierz. W 1649 roku, w czasie powstania Chmielnickiego, pod Zborowem, gdy armii koronnej groziła katastrofa, przebrawszy się w strój polski chodził po obozie, podtrzymując żołnierzy na duchu. Porzuciwszy modę zachodnią, musiał też zmienić wygląd swego oblicza. Najważniejszym problemem były z pewnością wąsy. Zgodnie z modą zachodnią noszono je wówczas dość małe. Na portrecie, który jest pamiątką tej odmiany, król prezentuje już nieco odrośnięte, nie są to jednak w zupełności piękne wąsy staropolskie. Dysponujemy jednak swoistym świadectwem, wskazującym na to, że jego wizerunek został zaakceptowany jako sarmacki. Oto w galerii rodu Wielopolskich, przechowywanej obecnie w Muzeum Narodowym w Kielcach, mamy najprawdopodobniej osiemnastowieczny portret Jana Wielopolskiego, żyjącego w czasach króla Jana Kazimierza, wzorowany na wizerunku tego właśnie króla, pędzla Daniela Schultza (ok. 1615–1683). Dają się zauważyć pewne różnice w stroju. Podobieństwo, zwłaszcza twarzy, nie może jednak budzić wątpliwości. Charakterystyczne, że twarz króla Jana Kazimierza z omawianego wizerunku jest zupełnie inną od tej, którą widzimy na portrecie królewicza Władysława, znajdującym się w zbiorach wilanowskich. Owszem tam również mamy strój polski, a jednak portret oczarowuje widza czymś zupełnie innym. Nieznany malarz z kręgu Rubensa oddał szczególny urok portretowanego, o którym pisali współcześni – coś, co poseł hiszpański Abraham de Dohna nazwał łaskawością i przystępnością ducha. Nie ma tam owej powagi i surowości, choć w tle widać obleganą twierdzę Chocim. Jakże jest to odległe od portretu jego młodszego brata powstałego po bitwie zborowskiej, mimo że posiadającego również zachodnioeuropejskie źródła artystyczne i szkołę malowania. Z przywołanym portretem królewicza Władysława wiążą się dwa: jeden znajdujący się Muzeum Czartoryskich w Krakowie, drugi – w Lwowskiej Galerii Obrazów. Zgodnie z podaną kolejnością stopniowo zatracają one urok obrazu wilanowskiego na rzecz sarmackiej powagi. W tej też kolejności, poczynając od obrazu wilanowskiego, można je postawić pod względem poziomu artystycznego. Poziom artystyczny jednak nie przesądza, skoro dzieła Schultza reprezentują na pewno wysoki, a nie ma w nich tej uroczej przystępności. Malarz, nie zatracając powagi, szedł raczej w kierunku pogłębienia psychologicznego.
Królewicz Władysław na obrazie wilanowskim, mimo całej swej przystępności, zupełnie nie zdradza, co się dzieje w jego sercu, co było też zgodne z prawdą.
Portret jest swoistą syntezą wyglądu. Widać to dobrze na zdjęciach. Mimo ich obiektywizmu, wynikającego z tego, że obraz jest zdjęty, tylko niektóre dobrze ukazują modela. Staropolska powaga była stosowna nie tylko do portretu, lecz także w życiu. Najlepiej uczył tego w Monitach, czyli Przestrogach polityczno-obyczajowych Andrzej Maksymilian Fredro (zm. 1679). Warto przypomnieć tego dobrze znanego w swych czasach pisarza, który został zupełnie przyćmiony sławą innego Fredry, a wspominany jest już tylko jako marszałek pierwszego zerwanego sejmu. Przytoczmy więc chociaż kilka nauk. Po pierwsze, powaga musi być stosowna do pozycji społecznej: „Najwyższa powaga chyba przy potędze i dostatkach, w mniejszych wyniosłością się zowie”. Trudno jest stopniować poziom powagi na zachowanym materiale zabytkowym, nasuwa się jednak ciekawy wniosek – otóż powaga ma wyrażać wysoką pozycję społeczną portretowanego. Jak ją zachować? „Sprawowanie i gest mają być poważne, nieposępne albo bez miary radosne”; „W nieszczęściu smutek, w szczęściu pokryj zwykłą wesołość”. Również urazę należy maskować. Surowy wyraz twarzy portretowanego wcale nie oznacza niechęci wobec widza: „Nastrój wprzód srogą kolerę [udaj, że wpadłeś w gniew], ułagodzisz ją potym dla zaszczytu łaskawości”, a należy się starać, by nas miano za grzecznych i ludzkich. Ponadto: „Ustawiczna surowość powszednieje”. Pisze więc: „Nie fukaj, ale poważnie upomnij i krzywym spojrzyj okiem; a bynajmniej czyń to zelżywie i z łajaniem, albowiem rozdrażnisz bardziej, niż poprawisz”. Zachowaniu tych zasad musi towarzyszyć właściwy strój, który jest również podstawowym elementem portretów zwanych sarmackimi: „W szatach rad się przeważaj na wspaniałość i powagę niż na wymyślny popis i zbytek”.
Zachował się przykład podobnych rad spisanych na własne potrzeby przez Ławryna Piaseczyńskiego (zm. ok. 1610) podkomorzego bracławskiego, w celu godnego wystąpienia w poselstwie przed chanem krymskim:
Gesta zaś mają być męskie, stateczne wedle potrzeby, nie białogłowskie, nie dziecinne, nie trwożliwe, nie sromieźliwe ani gniewliwe, nie bojaźliwe, nie lekkomyślne ani polżone [...].
Sprawując poselstwo stać jako wkopanemu pniowi, patrzyć przed się. Potym oczy podnieść ku temu, komu poselstwo oddaje.
Nie ruszając sobą.
Nie poglądając w prawo ani na lewo.
Głową nie potrząsając.
Ręce spokojnie dzierżąc, a nie plęsząc nimi.
Brody nie pociągać.
Kaszlu, plwania i smarkania powściągać się.
W głowię i nigdzie się nie skrobiąc.
W nosie i w uszu nie dłubiąc.
Gęby nie kąsając.
Ówcześni zdawali sobie jednak sprawę, że wygląd zewnętrzny i sposób bycia nie zawsze mówi prawdę. Czasami też pozerstwo wystawia na pośmiewisko. Dużo dowiemy się o tym w odniesieniu do rycerskiej służby polskich sarmatów – husarii z Pieśni XXV, zawartej w dziele Nieprożnujące prożnowanie... Wespazjana Kochowskiego (1633–1700), zatytułowanej Husarz od stryja synowcowi zaciągającemu się posłany:
Husarza-ć piszę, nie jak ma być w boju
Kawaler, ale i cery i stroju
Takiego: naprzód powagi zażywać,
Sam jakby perfekt, inszych pociaszywać.
Ostro, ogromno ma sobie poczynać,
Okiem orzech gryźć, wąsem muchy ścinać;
Wąs ową fazą nową bałłabańską,
Jeśli chce brodę, niechaj ma katańską.
Animusz pański niech zarywa bokiem
Poważnym sobie postępując krokiem,
Patrząc na ludzi, jedno mruży oko,
Krząka i spluwa na wiatr gdzieś wysoko.
We łbie paragraf – prawie wrąb śmiertelny,
Przez gębę podłuż nożyk po szabelnej
Jest parenthesis z drugiej dana strony,
Ow od ordyńca ten od cudnej żony.[...]
Synowiec jednak zachował dużo bardziej realistyczne spojrzenie, o czym dowiadujemy się z Pieśni XXVI zatytułowanej Replika na to od synowca stryjowi:
Nie to husarz, co groźny humor ma w pokoju,
Nie ten, co wąsem trząsa, kiedy przy napoju
Kandyskim posiedziawszy, puchary rychtuje,
Do marcypanowego Kartagu szturmuje[...]
Ale ten, który w polu przy Marsowej dumie
Ostro, groźno, ogromno postępować umie.
Wrodzonego humoru namniej nie nicuje,
Tak w boju, jak w pokoju jednakim się czuje[...].
Co do twarzy ogromnej, do piwnego wąsa,
Którym często opiły w karczmie chłop potrząsa:
Starszy był niż Bałłaban, Achilles on mężny
(Lada dziad brodę nosi, przecie niedołężny).
Bez brody był, dlatego uszedł w fraucymerze,
Ustąpił mu i Hektor dzielności w tej mierze,
Nie mierzą chłopa w korzec, często mały bije,
A wielki z piwnym wąsem nadstawuje szyje;[...]
Srąm husarza nie zdobi, nie był srąmowaty
Aleksander, co pobić pragnął oba światy.
Z wojny z przeciętą gębą bardzom widział mało,
Raczej się im to w giełdzie lub w karczmie dostało.
Bardziej patrzy ordyniec bułatem swym karku,
A zaś w gębę najprędzej urwie na jarmarku.[...]
Z rynsztunku znać husarza, po koniu, po zbroi,
Czego się barziej Kozak niźli wąsów boi[...].
Trzeźwy osąd synowca nie był jednak powszechnie podzielany. Ulryk Werdun będący w Polsce na początku lat siedemdziesiątych pisał bowiem:
Przy hojnej napitce przychodzi u nich często do bójki, przy czym szabla musi walnie błyskać. Szablą tą tną i rąbią się wzajemnie po pięściach, twarzy i gdzie tylko mogą, a uchodzi u nich za rzecz zaszczytną być naznaczonym tu i tam, zwłaszcza zaś na twarzy, pięknymi bliznami i szramami, jak to już u Gotów, Sarmatów, czyli Polaków najbliższych sąsiadów, przed więcej jak tysiącem lat uważano także za chwalebne [...].
Żartobliwie ocenia to Wacław Potocki (ok.1621–1696) we fraszce, zbudowanej w formie dialogu, Żeby gęby ocalić:
A kiż ci diabeł gębę przeciął, miły bracie?
Ba, i ja, dziwując się, z całą patrzę na cię;
Musiałeś na to zażyć jakiego sekretu.
Kto chce gębę ocalić, niech nadstawi grzbietu.
...Czyli ucieka.
W tym miejscu warto poruszyć fizjologiczną stronę wyglądu twarzy – wpływającą na jej realny wygląd. Wiadomo, że na to, jaka ona jest, wpływają takie czynniki jak klimat, tryb życia, sposób odżywiania, środki higieny, choroby.
Cudzoziemcy zwracają uwagę na ostrość polskiego klimatu. Cytowany już Gaspard de Tende pisze o tym w sposób następujący:
Jeśli chodzi o miejscowych, którzy w czasie mrozów przemieszczają się konno, mają oni grube buty, do których wkładają łamaną słomę, by utrzymać ciepło stóp; natomiast zanim dosiądą konia, wypijają sporo wódki. W ten sposób chronią się przed mrozem. Podobnie czynią woźnice, albowiem inaczej nie byliby w stanie znieść tak ostrego powietrza, że niejednokrotnie zamarzają nosy tym, którzy podróżują w ten sposób bez żadnej osłony. Mają jednak na to sposób: kładą szybko na nos śnieg i nie wchodzą od razu do izb z piecem i żadnego innego ciepłego pomieszczenia, bo inaczej straciliby swe nosy.
Widzimy więc, że czerwone nosy wcale nie musiały świadczyć o opilstwie (zamożni ludzie zasadniczo wódkę pili na mróz), lecz mogą być skutkiem odmrożeń. Mocne letnie słońce czyniło zaś twarze ogorzałymi.
Wpływ nadużywania alkoholu na wygląd twarzy jest jednak poświadczony w poezji. W satyrze Krzysztofa Opalińskiego Na pijaństwo nieposkromione i pijaniców czytamy:
Stąd one gęby, z których wycisąłbyś piwo,
Gdybyś go za nie zażdżął. Oczyska wygniły
Od picia i od spania, z gęby jako z kadzi
Śmierdzi, że aż sam on cuch zarazi człowieka.
Nie można tego jednak traktować jako normy.
O innym wyjątkowo zniszczonym przez pijaństwo obliczu pisał ksiądz Józef Baka w utworze pod tytułem Uwaga zabawnym czy zatrudnionym chmielem głowom:
Tyś bez wierszów dosyć sławny
Z oczu, z mordy opój jawny
A z brzucha
Bez ucha
Baryła
Otyła
Przejdźmy teraz do chorób. Gaspard de Tende pisze:
Nie mogę zakończyć tego rozdziału bez wspomnienia o dwóch rodzajach chorób, które są dla Polski specyficzne. Jedna to tak zwana róża, a druga kołtun. Róża to rodzaj erysipelas [łacińska nazwa róży], która atakuje przede wszystkim twarz. Polacy leczą tę przypadłość wyłącznie za pomocą sproszkowanej białej kredy, którą kładą na wierzch bez spuszczania krwi. Sadzą bowiem, że upust krwi mógłby w tym przypadku doprowadzić do śmierci. Kołtun zaś to splątane włosy, których nie sposób rozplątać. Najlepiej porównać tak splątane włosy do owych długich i brudnych kłębów sierści spaniela, która przez długi czas nie była strzyżona. Polacy powiadają, że choroba ta pojawiła się w następujący sposób: gdy w roku 1279 Tatarzy dokonali wielkiego najazdu na Polskę i zabili wielu ludzi, wrzucili do wód mnóstwo serc ludzkich, które wcześniej zatruli; zainfekowane w ten sposób wody wywołały wspomnianą chorobę, której przyczyny medycy wciąż nie mogą rozpoznać.
Cudzoziemcy sądzą, że kołtun to efekt wielkiego niechlujstwa, a nie choroby. Na dodatek im on się nie przytrafia, mimo że długo przebywają w tym kraju, albowiem w momencie gdy ich włosy zaczynają się plątać, kiedy chorują, natychmiast każą je sobie ściąć. Tego zaś Polacy nie ośmielają się robić, ponieważ wierzą, że gdyby ścięli swoje włosy, oślepliby. Znam jednak takich, którzy nie stracili wzroku, mimo że wycięto im kołtun. Niemniej lud jest tak mocno przekonany, że kołtun to choroba, iż istnieją staruchy, które starają się wywieść go z dzieci zapadających na zdrowiu; mierzwią wówczas i plączą ich włosy, wmawiając matkom, że kołtun nie chce wyjść i to właśnie z tego powodu dzieci są chore.
Z relacji z epoki wynika, że kołtun był problemem również wyższej warstwy społecznej. Przebywający na dworze Jana III
doktor Connor mówi, że podczas jego pobytu w Polsce pewien dworski pan miał takiego kołtuna, że jego włosy spływały na ramiona niczym płaszcz.
Wbrew temu nie można utrzymywać, że w Polsce nie zachowywano higieny. U tego samego autora czytamy:
Mimo że w Polsce jest niezmiernie zimno, to jednak skłonność do kąpieli jest tam tak duża, że właściwie nie ma domu szlacheckiego, w którym nie byłoby łaźni. W każdym mieście istnieją łaźnie publiczne, do których chodzi lud. Damy i ich córki kąpią się każdego miesiąca. Zwyczaj ten może pochodzić stąd, że generalnie w całej Polsce kąpie się dzieci dwa razy dziennie, od momentu ich narodzin aż do wieku dwóch lat. W efekcie Polacy nie są w ogóle narażeni na świerzb, i to zarówno na twarzy, jak i na głowie [...]
i jeszcze w innym miejscu:
Każdego ranka myją szyję i twarz zimną wodą, nieważne jak byłoby mroźno. Jest to tak powszechnie spotykane wśród tego ludu, że nawet ojcowie przyzwyczajają dzieci do mycia się od momentu, gdy te potrafią ustać na własnych nogach.
Niewątpliwie znane było mydło. Wydaje się, że szczególnie było cenione barskie (z miasta Bar). Mieszczanin zamojski Bazyli Rudomicz w swym diariuszu pod rokiem 1658 odnotowuje powiedzenie o Zabłockim, który stracił na mydle.
Z licznych fraszek Wacława Potockiego na temat łysych trzeba wyciągnąć wniosek, że pomimo iż fryzowaniu włosów na głowie nie poświęcano zbyt wiele uwagi, co nawet u szlachty mogło prowadzić do powstawania kołtuna, to jednak zupełny brak włosów postrzegano jako problem czy powód do niewybrednych żartów.
Niewątpliwie polskie malarstwo portretowe idealizowało swych modeli. Robiło to jednak w innym kierunku, niż czyniono to na Zachodzie. Chodziło o wywołanie wrażenia zbliżonego do tego, jakie opisywał Kraszewski.
Zapoznanie się z biografiami portretowanych osób w stosunku do owych wrażeń może rozczarować. Dotyczy to zwłaszcza XVIII wieku, gdy ludzie byli wspaniałymi sarmatami najczęściej już tylko z wyglądu. Ich Rzeczpospolita chyliła się ku upadkowi, zresztą nie bez ich winy i nie bez obnażania ich słabości. Byli jednak przedstawicielami schyłku wspaniałej barokowej kultury. Ich pewność siebie ma więc uzasadnienie cywilizacyjne. Ich trwanie w polskości przez długi jeszcze czas będzie postrzegane jako zasługa. Fascynację ich światem poświadczają arcydzieła literackie tak ważnych w dziejach polskiej kultury pisarzy jak Mickiewicz i Sienkiewicz. Najsłabiej malowany portret sarmacki ma moc nadania wnętrzu, w którym zostanie umieszczony, staropolskiej powagi. Jest to wartość, jakiej nie posiadały pojawiające się później nowe kierunki malarskie. Twarz jest najważniejszą częścią ludzkiego ciała – jej ideał i realizacje trzeba traktować więc jako jedno z ważniejszych osiągnięć kulturowych epoki.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat