Stanisław Kostka Potocki, Jacques Louis David, 1781, Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Główna Konkurs Sport i rekreacja Moda i obyczaje XVII w. Moda i obyczaje XVIII w. Moda i obyczaje XIX w. Sztuka krawiectwa
Moda i obyczaje XVII w.
Moda i obyczaje na dworze królowej Marii Kazimiery
Jeździectwo i łowy
Między ceremoniałem a zabawą
Znaczenie konia w czasach dawnych
Wyjazdy i przejażdżki
Królewskie łowy
Podsumowanie
Królewskie łowy
Wstępem do polowania było opanowanie dobrej techniki jazdy konnej. Nawet kobiety z dworu francuskiego m.in. Elżbieta Charlotta Orleańska, Maria-Anna de Bourbon-Conti, jej siostra Ludwika Franciszka, Maria Adelajda Sabaudzka, księżna burgundzka i metresa króla – Franciszka d’Aubigné, markiza de Maintenon, aby wypełnić wolę Ludwika XIV i towarzyszyć mu w czasie polowania, musiała dobrze czuć się w siodle i prowadzić rumaki.
Nauka jeździectwa obok udziału w polowaniu były zatem ważnymi składnikami edukacji wysoko urodzonych. W rodzie Sobieskich wspominano wyczyn Marka Sobieskiego, który uratował Stefana Batorego przed niedźwiedziem, który napadł na króla w czasie polowania. Wydarzenie to miało miejsce zapewne po 1576 r. Sobieski, będąc wówczas zwykłym dworzaninem pokojowym króla wykazał się niezwykłą odwagą, która wprawiła w podziw obserwatorów m.in. posła króla szwedzkiego Domenica Allemaniego i marszałka wielkiego litewskiego Aleksandra Połubińskiego. W początkowym jednak etapie edukacji ojciec Marka i Jana Sobieski – Jakub, wówczas jeszcze wojewoda bełski, zalecał synom wybierającym się na naukę do Krakowa w 1643 r., aby poza grą w piłkę, bieganiem, strzelaniem z łuku, ćwiczyli jazdę konną. Nie było zatem mowy o udziale w łowach. Postanowienie to powtórzył w instrukcji z 1645 r., kiedy młodzi Sobiescy zdążali do Paryża, by odbyć swoją turę kawalerską. Dozwolił wówczas obserwację łowów, uważaj tę okoliczność za sprzyjającą podtrzymaniu zdrowia i kondycji fizycznej. Nie pomijał, przy tym ważnego aspektu socjalizacyjnego, związanego z wnikaniem i poznawaniem możnych i osób z dworów królewskich: „Exercitia corporis non sunt negligenda [tj. Ćwiczeń ciała nie należy zaniedbywać – przyp. Autor]. Zalecam Wam jedne francuskie piłki granie; mianowicie co święta i w powszedni dzień ku wieczorowi, jeśli Wam to zasmakuje. Co się zaś tknie exercitia corporis [tj. ćwiczenia ciała – przyp. Autor], które oni tam uczą ex professo i academice [tj. w sposób kompetentny i właściwy akademikom – przyp. Autor], bo to zowią akademicami, jakoż to, jeżdżenie na koniu, szermowanie, skakanie [...] Stron uczenia się skakać, to mi się tam najbardziej podoba woltingowanie, gdzie się na drewnianego konia uczą skakać; jest to i exercitium agilitas et ad rem militarem apprime neccesarium [tj. ćwiczenia ruchliwości i zwłaszcza do sztuk wojskowej konieczne – przyp. Autor]; wielka jest rzecz dosiąść konia w przypadku”. Jak pokazują relacje z czasów Jana III, nauka ta wcale nie zaliczała się do łatwych. Świadczy o tym przypadek młodego chorążego koronnego Aleksandra Jana Jabłonowskiego, który: „[...] jadąc na koniu żegnać króla jmp. trochę cuglów popuścił konowi, padł z nim na równej dordze, gębę, nos stłukł i piersiom trochę się dostało, aż go z miejsca podniesiono; począł się krzepić, ale ból piersi powrócił mu nazad”.
Poznawanie tajników łowów, jaką część edukacji rycerskiej zalecał Jan Ostroróg, który uznał je za wyraz swobody i wolności szlacheckiej oraz przygotowanie młodzieży do znoszenia trudów wojennych. Zgodnie z ojcowskimi wskazówkami – w oparciu o świadectwo autora diariusza podróży Sebastiana Gawareckiego – młodzi Sobiescy stali się spektatorami albo wielkich łowów księcia Gastona orleańskiego, brata Ludwika XIII w St. Germain-en-Laye albo zwierzyńców pałacowych kardynała Richelieu koło Tours, Montpellier, Fontainebleau, Windsorze, Hampton Court, Hadze, Brukseli, Amsterdamie.
Udział w królewskich łowach był jak widać ograniczony. Dotyczyło to podobnie prawa ich organizowaniem, przynależnego tylko władcy. Łowy ukazywały siłę, zręczność i wytrwałość panującego w walce z dziką i nieokiełznaną naturą. Rozróżnić należy dwie formy łowów – venatio magna [tj. łowy większe – przyp. Autor], czyli polowanie na tzw. grubszą i czarną zwierzynę (niedźwiedzie, żubry, tury, jelenie, łosie i bobry) oraz venatio parva [łowy mniejsze – przyp. Autor], obejmujące drobną i czerwoną zwierzynę, w tym lisy, wiewiórki, kuny i sarny, a także ptactwo, np. cietrzewie, kwiczoły i przepiórki. Wywodzące się z dawnego prawa książęcego nakazy głosiły, iż władca, jako właściciel danego terytorium posiada wyłączne prawo do wielkich łowów wraz z orszakiem. Z czasem przywilej ten był ograniczany poprzez rozdawnictwo praw rycerstwu oraz niektórym fundacjom klasztornymi. Władcy niechętnie jednak rezygnowali ze swoich uprawnień do łowów, uznając je za symbol hierarchii i władzy suwerennej. Jeśli już musieli się czymś dzielić, to tylko drobnymi nadaniami. Od XVI w., a dokładnie od momentu przyjęcia III. statutu litewskiego w 1588 r., można mówić o rozwiązaniu kwestii spornych dotyczących prawa do ubitej zwierzyny, wyznaczenia granic terenów łowieckich oraz nadania dzierżaw królewskich na terenie puszczy i lasów. Jan III w czasie długiego, liczącego aż dwadzieścia dwa lata panowania zawarł cztery znane nam kontrakty dzierżawne na użytkowanie puszczy białowieskiej i kamionackiej z Piotrem Przebendowskim, sędzią ziemi lęborskiej oraz Ernestem Denhoffem, łowczym wielkim litewskim w latach 1675-1686. Dziedzina ta podobnie jak inne sfery polityki Sobieskiego, nie obyła się jednak bez konfliktów. Wzrastający w siłę Sapiehowie, dążyli do podkopania monarszego autorytetu oraz zaprzeczenia uprawnieniom władcy. W obronie króla wystąpił Jan Gorzeński, łowczy wielki litewski i bliski współpracownik króla. W 1687 r. wystosował on pełen oburzenia list do wojewody wileńskiego i hetmana wielkiego litewskiego, w którym oskarżył Kazimierza Jana Sapiehę o rozłożenie swych chorągwi w dobrach stołowych króla w czasie, gdy monarcha wybierał się do Białowieży i Soboty na polowanie. Gorzeński protestował, iż Sapieha próbuje ingerować w kompetencje jego urzędu, rozporządza stanem puszcz białowieskiej, przełomskiej i perstuńskiej, a do tego samowolnie wybiera czynsze, jak i daniny od bartników, rudników oraz smolarzy. W przekonaniu Gorzeńskiego, czyn Sapiehy urastał do rangi pogwałcenia prawa i obrazy majestatu: „Wiadomości, które z Litwy przychodzą żeś WM Pan przeciwko prawu, które securitati bonis mensa Regia quam amplissimae prospexit [tj. najobszerniej regulują przepisy o ochronie dóbr stołowych króla – przyp. Autor], które w leśnictwach JKMści białowieskim i sobockim, do jego stołu i uciech myśliwskich należących chorągwie lokować przykazałeś […] Ja zaś gdy teraźniejsza WM Pana akcja kiedy się na chleb i stół jego targnął przeciw własnej osobie Króla Jmci directa esse videtur [tj. bezpośrednio to dostrzegam – przyp. Autor]. […] Jako bowiem rozumiem JKMść, kto się na stół tego targnął, ten po chwili sięgnie po koronę”. W ripoście, Sapieha odpierał te zarzuty twierdząc, że nie naruszył prawa, a tym bardziej nie upokorzył swym czynem króla. Podkreślał ponadto, że Gorzeński, będąc królewskim zaufanym, nie może dyktować hetmanowi wielkiemu litewskiemu, w jaki sposób ma postępować. Oba listy, z racji licznych odpisów uznać można pamflet a nie rzeczywistą historię, jednak sprawa została przywołana w dalszej korespondencji łowczego litewskiego do Stanisława Antoniego Szczuki, także w postaci skargi na bezecne zachowanie się Sapiehy i zaprzeczenie regalom królewskim.
Od najdawniejszych czasów łowy miały także cel konsumpcyjny. Organizowano je celem zaopatrzenia stołu królewskiego oraz zapewnienia podwładnym żywności. Starym zwyczajem praktykowanym przez Władysława Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka – zgodnie z opisem Jana Długosza – było konserwowanie mięsa zwierzęcego solą w beczkach i rozsyłanie ich poddanym. W czasach Jana III dziczyzna przestała być popularna, wbrew powszechnym wyobrażeniom. Dzięki „Księdze szafarskiej” prowadzonej w latach 1695-1696, przekonujemy się, że na stole dominował drób, wołowina, cielęcina i wieprzowina. Powstaje zatem pytaniem, czemu służyły polowania w czasach Jana III Sobieskiego?
W XVII i XVIII w. polowanie stało się elementem tworzącym ceremoniał dworski. W ten sposób polowanie władcy, w sensie symbolicznym i duchowym, wyrażało ucieczkę od rzeczywistości i kreację świata pozornego, w którym prowadzona była wysmakowana gra nie tylko ze zwierzęciem, uosabiającym nieposkromioną naturę, ale i własnymi namiętnościami poprzez izolację od spraw publicznych. Wynika z tego, że polowania poza pragnieniem potwierdzenia pozycji przez rządzącego, stały się środkiem do ucieczki od kłopotów i spraw państwowych oraz stwarzały możliwość zabicia egzystencjalnej nudy. Można także przyjąć, że w czasie pokoju, polowania pełniły funkcję zastępczą w stosunku do wojny, co potwierdzał Jan Ostroróg w swym dziele „Myślistwo z ogary”: „W tym tak wolnym a myśliwym narodzie urodziwszy się wasza królewska mość królewskim synem [chodzi tu o Władysław IV – przyp. Autor], urodziłeś się zaraz i tak myśliwym, że ledwie kto jest, ktoby się w tej mierze nad waszą królewską mością kochać mógł. A nie trzeba tego mieć za lada co: zawżdy ta uczciwa zabawka między rycerskie zabawki, zawżdy za jakieś wyobrażenie wojny poczytana była. Siła wielkich monarchów myśliwych było, i teraz nie wiem, po wszystkim świecie żeby który monarcha był, bez pewnych i ugruntowanych łowów. A zgoła ja tego za człowieka nie mam, kto o tym ladajako rozumie, chyba kto servilis [tj. poddany, usłużny – przyp. Autor], jako kupiec albo lichwierz, abo człowiek podły, który się bez żyły szlacheckiej urodził”. Tworzenie podobnych iluzji dawało monarchom także możliwość współzawodnictwa o tytuł najsilniejszego i najzręczniejszego wojownika. Świetną ilustracją owej rywalizacji są postawy króla Francji Franciszka I, który wierny tradycjom średniowiecznym, z pasją oddawał się polowaniom w Fontainebleau i Amboise oraz króla Anglii Henryka VIII w Greenwich, Hampton Court i Richmond, który swoimi czynami konkurował z królem Arcychrześcijańskim. Na dwory obu monarchów ciągnęli, królowi Szkocji, włoscy książęta z rodu d’Este, dyplomaci obcych państw, by otrzymać zaszczyt towarzyszenia królowi w łowach. Pod wpływem tych przemian następował także rozrost aparatu urzędniczego odpowiedzialnego za organizację polowań. To z kolei łączyło się ze wzrostem nakładów finansowych władców na utrzymanie służb, psiarni, ptaszarni itd. nawet w tak peryferyjnych monarchiach Europy jak Dania, pod rządami Fryderyka II w latach 1534-1588.
Król pod wpływem opisanych procesów został wykreowany na żyjącego herosa, czego doskonałym przykładem był ostatni Jagiellon – Zygmunt August, który wedle obliczeń spędził w samym tylko 1546 r. 223 dni w dziesięciu różnych puszczach litewskich (wołkowyskiej, mścibohowskiej, białowieskiej, kryńskiej, grodzieńskiej, rudnickiej, mereckiej, perełomskiej, orańskiej i birsztyńskiej), stworzył własny dwór odpowiedzialny za polowania oraz nakazał spisanie prawa łowieckiego. Zdaniem Jerzego Baranowskiego, był on jednocześnie ostatnim polskim władcom, który korzystał z prawa łowów w sposób nieskrępowany, dając wyraz swej monarszej godności i suwerenności. Pozostali władcy – zdaniem badacza – tj. Henryk Walezy, Stefan Batory, Zygmunt III, Władysław IV i Jan Kazimierz polowali, by podtrzymać dawną tradycję i zadośćuczynić obyczajowi. Twierdzenie to jednak wydaje się krzywdzące i w gruncie rzeczy upraszczające kwestię królewskich łowów. Widzimy bowiem kreacje władców, którzy dzięki łowom zademonstrowali widzom swój majestat. Zygmunt III, przebywając w Grodnie w czerwcu 1633 r. rozkazał wypuścić niedźwiedzia, trzymanego trzy lata w klatce. Król stanął z jednej strony bramy, inni z drugiej stanęli na pagórku, osłoniętym zielonymi krzewami. Niedźwiedź sądząc, że to las, pomny naturalnego schronienia rzucił się ku stojącym wokół króla, a odpędzony przez kogoś ciosem żelaza skierował się wprost na stanowisko monarchy. Wspiął się i ponad głowami i plecami najpierwszych ze szlachty oraz urzędników, nie bez przerażenia i krzyku, uciekł aż na ulicę. Łowy przeistoczyły się spektakl i pokaz sprawności władcy, widomy znak zdrowia i siły panującego oraz jasne ostrzeżenie dla jego wrogów.
W tym samym kontekście należy widzieć polowania Jana III Sobieskiego. Nie bez przyczyny poseł angielski Francis Sanderson opisał w depeszy do swojego zwierzchnika Josepha Williamsa łowy królewskie w okolicach Malborka, jak tylko po to, by upewnić o wigorze i potędze świeżo co ukoronowanego władcy. O swoich wyczynach i trofeach pisał także Jan III z jesieni, kiedy polował w różnych miejscach na Rusi w roku 1681: „Nagrodził ci nam nieźle dzień dzisiejszy wczorajszą pustą knieją, bośmy zastali prawie ile drzew, tyle niedźwiedzi i dzików. Jeszcześmy wszystkiego nie porachowali, a już liczymy dziewięć niedźwiedzi a dziesięć dzików, tak małych, jako wielkich. Był pan rezydent cesarski [tj. Jan Krzysztof Zierowski – przyp. Autor], przy wszystkim, który sobie takich rzeczy i imaginować nigdy nie mógł [...] Ostatni niedźwiedź był un monstre de la nature [tj. wytworem natury – przyp. Autor] w niewidanej wielkości. Jużeśmy też do tego strzelać musieli i ledwośmy mu radę dali [...] Jutro jeszcze więcej kniei z rana spróbujemy szczęścia”. Sobieskiemu w jego łowach w 1681 i 1682 r. towarzyszył zastęp dostojników państwowych, wśród których byli Dymitr Jerzy Wiśniowiecki, wojewoda krakowski, Stefan Zahorowski, kasztelan wołyński oraz posłowie cudzoziemscy (Jan Krzysztof Zierowski, François l'Hôpital markiz Vitry, Piotr de Noyers), opisujący wyczyny króla i powiększający tym samym jego sławę. Ich obecność wynikała jednak, biorąc pod uwagę specyfikę ustrojową Rzeczypospolitej, nie z zależności lennej, lecz z racji zajmowanych stanowisk i pełnionych funkcji.
Ważnym, przejawem polowania, jako formy ceremoniału dworskiego, była ich organizacja wokół królewskich rezydencji myśliwskich. Pałace tego typu stawały się siedzibą władcy i jego izolacji od centrum politycznego, bazą wypadową, miejscem organizacji uczt po polowaniach, miejscem przechowywania upolowanych zwierząt, przestrzenią godną do prezentacji trofeów myśliwskich oraz symbolicznym centrum, skąd panujący roztaczał swoją władzę nad podległym mu terytorium. Znów z racji odmienności ustrojowej Rzeczypospolitej, władca nie mógł ukazywać swojej samodzielności poprzez wystawianie wspaniałych pałaców i zwierzyńców pokroju francuskiego Vincennes, Marly, Chambord, Blois, hiszpańskich Eskurialu, El Pardo, Segowii, czy Aranjuez, czy angielskich hunting-lodge w Richmond, Nonsuch i Hatfield. Sława Niepołomic i Ujazdowa w czasach Jana III dawno przebrzmiała. W czasach jego panowania korzystano z niewielkich dworów ulokowanych w obrębie domeny królewskiej m.in. w Kozienicach, Augustowie i Nieporęcie. Pomijam w tym miejscu budowle magnackie. Te rozwinęły się w XVIII wieku, wraz z uniezależnieniem się wielkich rodów na peryferiach kraju w czasie panowania Wettynów, co zaowocowało powstaniem wspaniałych pawilonów myśliwskich na wzór zachodnioeuropejski m.in. w Albie i Czarnawczycach Radziwiłłów, Choroszczy Branickich, Różanie Sapiehów, Wolborzu Ostrowskich i w Grabkach należących do Rupniewskich.
W interesujących nas czasach powstał szereg założeń myśliwskich, którym patronował król Jan III, głównie na Rusi Czerwonej, która zdaniem Ulryka de Werdum: „[...] jest prawdziwą spiżarnią zboża i ma także piękne bydło. [...] Ptactwa różnego rodzaju jest do zbytku [...] W lasach podolskich znajdują się ptaki wielkości gołębia, koloru błękitu nieba nie bez wszelkiej odmiany, która ma także delikatne mięso. Grzywacze i hukacze na Rusi latają gromadami., jak szpaki, tak że jak chmury zakrywają całe pole. [...] W litewskich, ruskich i podolskich lasach i zwierzyńcach, pod Żółkwią i Szczebrzeszynem były też łosie, żubry, wielbłądy, niedźwiedzie i tym podobne dzikie zwierzęta”. W tym miejscu uczyńmy krótką dygresję, bowiem polskie i litewskie lasy, jawiły się cudzoziemcom, jako nieprzebrane, tajemnicze i dzikie ostępy, których sekrety były człowiekowi groźne i obce. Informacje o sposobach polowania na dzikiego zwierza, czy spożywanie przez Polaków racic łosia lub łap niedźwiedzia, czyniły z Polski i Litwy – w oczach innego obcokrajowca Bernarda O’Connora – z jednej strony kraje zabobonu, pozostające na obrzeżach cywilizacji i kultury europejskiej, z drugiej były obszarem nieskalanym destrukcyjną działalnością człowieka, rozkwitającym zgodnie z rytmem natury. Uczony, pełniący funkcje medyka na dworze Jana III, dał nawet uwieść się przekazanej mu historii o dziecku zagubionym podczas polowania, a przygarniętym, wykarmionym i odchowanym przez niedźwiedzicę a następnie pochwyconym przez myśliwych i przewiezionym w 1663 r. na dwór Ludwiki Marii Gonzagi, która nakazała go oddać na wychowanie do wizytek warszawskich, po czym na służbę wziął go podkanclerzy koronny Piotra Opalińskiego. Historia ta była żywa i powtarzana wiele razy w latach 80. XVII w. przez Johanna Christiana von Hatknocha, jezuitę Philippa de Avril, Pierra de Noyers oraz sekretarza królewskiego Françoisa Paulina Daleraca. To tworzyło czarowny obraz Rzeczypospolitej. Polowania Sobieskiego rozgrywały się zatem w wyjątkowej scenerii, lecz dobrze mu znanej z racji jego rodzinnych i majątkowych związków z Rusią. Jesienią 1680 r. król zabawiał się polowaniami tuż przy granicy węgierskiej po czym odjechał do stolicy. W roku kolejnym Jan III objeżdżał tereny od Daszawy, poprzez Stryj, Dzieduszyce do Międzyrzecza. W kolejnym sezonie 1682 r. Jan III obecny był w Żółkwi, Żółtańcach, Dziedziłowie, Złoczowie, Jeziernej, Sasowie, Olesku i Zborowie. Dwie jednak rezydencje myśliwskie wybiły się i zyskały miejsce ulubionych schronień króla – Jaworów i Kukizów, z których ten drugi: „Król jmść [...] po polowaniu obmyślił jak inaczej nazwać; że tedy jest na kępie i woda circum circa to miasto oblewa i one rozkazał ostrogiem potężnym fortyfikować, tak mu dał nazwisko: Krasny Ostróg, od dzisiejszego dnia jak się zwać będzie, tak a nie inaczej”. W latach 90. XVII wieku z inicjatywy królowej Marii Kazimiery powstała dodatkowo rezydencja zwana Marymontem, do której król zjechał na polowanie wraz z Lubomirskimi w maju 1693 r.
To co pozwala widzieć w polowaniach dworskich Jana III formę ceremoniału, to także polowanie z nagonką, do której wykorzystywano charty i ptactwo. Król kazał zatem w 1681 r. ściągać najpewniej z psiarni żółkiewskiej charty: „Tylko trzech młodych psi zgoniły, bo starych siła przez Dniestr przepłynęło, za którymi psy co lepsze i dotychczas się po lasach tłuką”. Ich strata w czasie polowania, wynikła z nieuwagi sług francuskich, którzy postrzelili jednego charta, bardzo zasmuciło i rozgniewało króla. Monarcha bywał jednak kontent z nowych osobników, które darowano mu w prezencie, jak to od cześnika latyczowskiego Jakuba Olewińskiego, który w listopadzie 1693 r. przysłał „20 par teterów i dwóch legawców” do kukizowskiej psiarni. Charty, oswojone wilki i niedźwiedzie trzymano także w Wilanowie. Rodzi się pytanie – całkiem naturalne – jak przebiegały łowy. Regnard wspominał w swych pamiętnikach, że przed polowaniem opasywano i zabezpieczano teren łowów sznurami a wzdłuż jego granicy stawali żołnierze, który płoszyli zwierzynę. Następnie spuszczano charty. aby wywabić zwierzynę. Myśliwi zajmowali stanowiska jeden za drugim, na odległość muszkietu i czekali na pojawienie się zwierzyny: „W ciągu niecałych czterech godzin wzięto przeszło dziesięć sarn, trzy wilki, pięć, czy sześć lisów, sporo zajęcy. Ale co te łowy pięknymi i krwawymi, to odyniec, wielkości konia, który trzymał się długo i skutecznie przeciwko psom, aż został ubity. Uśmiercił on kilka psów, a pokaleczył ich mnóstwo, poranił ludzi i konie. Strzelano doń wreszcie z arkebuza i tak mu koniec zrobiono. Przywieziono go przed króla, a wszyscy zgodnie przyznali, że nigdy nie widziano podobnie wściekłej bestii”. Inny opis przedstawił Philipp Dupont, który wspominał, że dla polowanie król utrzymywał pięciuset janczarów, których dzielił na dwie kompanie. W nocy, przed polowaniem, janczarzy objeżdżali rewir i zaciągali sieci wokół wskazanego przez obławnika obszaru leśnego, zostawiając w obwodzie przerwę. Wokół niej ustawiała się w półkole świta, trzymając psy. Król zajmował stanowisko na wprost, w asyście strażników. Spuszczone psy naganiały zwierzynę, która najczęściej przebiegała ku siatce. Tam zwierzęta były zmuszana przez janczarów do powrotu, co kończyło się najczęściej napaścią psów. Interwencja myśliwych ograniczała się wyłącznie do sytuacji, w której psy nie mogły zagryźć np. silnego niedźwiedzia: „Król napawał się graniem psów i muzyką rogów myśliwskich. Wątpię, ażeby gdziekolwiek indziej możliwe były sceny łowieckie, tak zajmujące. Co chwilę nowy widok bawił uczestników. Bo coraz to inny zwierz wybiegał na równinę, to jeden po drugim, to znowu po kilka sztuk naraz, a rozmaite psy, zależnie od gatunku i mocy tego zwierza, szły z nim w zapasy”. Król – zdaniem Dupont – uwielbiał też polowania z ptakami m.in. sokołami i orłami, których posiadał wiele w swojej jaworowskiej ptaszarni.
Łowy, poza prezentacją królewskiego splendoru miały także aspekt czysto ludyczny. Jak zapisał w XVIII w. król Prus Fryderyk II: „Polowanie należy do tych fizycznych rozrywek, kt.re dostarczają ciału ruchu lecz nic umysłowi nie dają; jest to namiętność ścigania zwierzyny i okrutne zadowolenie, gdy ją się zabije; jest to rozrywka, która robi ciało silniejszym i dziarskim, a umysł pozostawia odłogiem i bez kultury”. Z polowaniem, jako formą rozrywki i zabawy, spotykamy się także w czasach Sobieskiego. Jeszcze przed przyjęciem korony królewskiej Jan zalecał swojemu szwagrowi częste polowanie: „nad które nie masz nic piękniejszego”. W istocie okres łowów, z dala od konfliktów i kłótni sejmowych, których monarcha zaznał w 1681 r. stanowił dla niego czas odpoczynku: „Żem stracił nieszczęsnym sejmem i posejmowymi kłótniami wiosnę i lato, nie trzeba mieć mi za złe, ile z dzieciństwa przyzwyczajonemu do pola i do wielkiego powietrza, że tego jesiennego, już ostatniego pogodnego dla agitacji samego zdrowia zażyję miesiąc”. Spotkanie z Wiśniowiecki, Zahorowskim i miłą królowi bracią szlachecką, zaszycie się w dworku na drodze ze Stryja do Żurawna i wyprawy na łowy Sobieski traktował, jako okres z dala nie tylko od spraw publicznych, ale i od towarzystwa kobiet i – choć otwarcie tego nie wyraził – ich narzekań. Królowa, która nie lubiła tych męskich spotkań, pijatyk i polowań, wyrzucała swojemu małżonkowi absencję w domu i próby osamotniania jej: „Królowa jejmść koniecznie krzyczy na króla jmści, aby tu zaraz po świętach wyjeżdżał z Żółkwi, ale król jmść stamtąd odjechać nie chce, aż po maju, bez mała go na swoje ześle”. Obrazek ten pokazuje parę królewską nie jako dostojne postaci, upozowane i podporządkowane zasadom ceremoniału, ale jako stare, dobre małżeństwo, które swarzy się i dowodzi swych przekonań. Ten familiarny, ziemiański styl życia powiększany był humorystycznymi opowieściami Sobieskiego z przeprowadzonych polowań. Tak oto, król naśmiewał się z Franciszka Zygmunta Gałeckiego, kuchmistrza koronnego i starosty bydgoskiego, który w czasie łowów przestraszył się niedźwiedzia, że na jego widok uciekł w nieznane leśne gąszcze. Innym razem Jan III kpił ze szwagra Anny Ludwika de Maligny, kiedy ten przybył z chartami do Jaworowa: „[...] i tam w ogrodzie szczwał kilku zajęcy, ale się nawet i ogona powąchać nie dostało, o co się gniewa niesłychanie”. Największa jednak niespodzianka spotkała podkanclerzego wielkiego litewskiego Dominika Mikołaja Radziwiłła, który przybył do Żółkwi na audiencję do króla i śmiał przeszkodzić królowi w łowach. Sobieski, podejrzewał, że nasłała go Maria Kazimiera w charakterze szpiega jego łowieckich poczynań: „który zaraz mnie napadł o audiencję; którą dawszy mu, zaprowadziłem go na winnicę i upoiłem, aby był zapomniał powtórnej znowu, której się jeszcze napierał i domagał. My, co trzeźwiejsi, jechaliśmy w pole; on też, lubo się ledwie na koniu osiedzieć mógł [...] Miasto tedy tego, cobym się miał cieszyć i szczwać tom tylko uciekał od krzaku do krzaku przed nim, bo byłem tylko stanął na moment, to zaraz: „Audiencja!” Mówiłem po kilkakroć, żem teraz dał psom gończym audiencję; nic to nie pomagało. No ostatek przecię, dawszy pokój już i myśliwstwu, skryłem się tak dobrze, że mnie już nie znalazł. Napadł tedy na p. koniuszego [...] P. koniuszy [tj. Marek Matczyński – przyp. Autor], znowu go nawiódł na mnie. I tak jużeśmy z pola zjechać musieli, a on w kawalkacie przede mną biegał, harcował; szczęście, że szyję nie złamał. Chciał mnie koniecznie odprowadzać do zamku, alem się mu przecie kształtnie skrył. A on przecie po trzeźwemu i po pijanemu mi jutrzejszą grozi audiencją. To moja taka niewola i taki tu wczasik”. Pod wpływem podobnych historii, z czasem zrodziły się podania o polowaniach Sobieskiego m.in. ta wyjaśniająca fundację klasztoru bazylianów w Koropuszczy koło Dunajowa na Rusi w zimie 1665 r. Kiedy Sobieski polując w towarzystwie Andrzeja Wardeńskiego i leśniczego Jarchowskiego puścił się w pogoń za dzikiem, nagle stracił drogą i kontakt ze swoimi pomocnikami. Wtem zobaczył jelenia, który doprowadził go do chatki mnicha-pustelnika Gedeona, który przepowiedział Sobieskiemu, że jego imię będzie chwalone na całym świecie za sprawą licznych zwycięstw. W podzięce na gościnę i błogosławieństwo Sobieski odwdzięczył się fundacją klasztoru a Gedeona uczynił jego przełożonym. W polowaniach Sobieskiego więcej zatem było humoru, facecji, niż ceremonialnej sztywności. Miejmy, jednak na względzie, że rzecz ta nie przydawał jednak powagi jego urzędowi ani majestatowi królewskiemu, o które dbali jeszcze trzej kolejno po sobie następujący Wazowie.
Pogarszający się stan zdrowia króla dokonał ważnej przemiany w organizacji królewskich łowów. Zgodnie ze słowami nuncjusza Giacomo Cantelmiego z 1688 r. oraz posła cesarskiego Georga Schiemonskiego z 1693 r., król obawiając się przeziębienia z rzadka wybierał się na łowy. Zmitrężały Jan III, który nie przypominał już dzielnego i niezwyciężonego monarchy wolał polować sam, w towarzystwie członków swojej rodziny – małżonki i synów lub mając do pomocy jednego bądź dwóch Kozaków. Raz tylko wybrał się do Jaryczowa w towarzystwie posła francuskiego Melchiora de Polignaca w maju 1693 r. Zapiski Kazimierza Sarneckiego z sezonu łowieckiego w listopadzie 1693 r. pokazują także, że królowi nie starczało się na polowanie na niedźwiedzia lub jelenia, ale wybierał mniejsze cele – sarny, zające i ptactwo. Zgodnie zatem z prawem, o czym była mowa wcześniej, były to bardzo pospolite zwierzęta, na które przystało polować szlachcie lub nawet bogatym mieszczanom: „Król jmść zjadłszy śniadanie po mszy św. na polowanie z charty pojechał; dwóch zajęcy uszczwawszy samemu zmrokiem powrócił”. Wyprawy w kukizowskie lub glińskie lasy nie wymagały zatem od Jana III większego wysiłku, a stanowiły formę ucieczki od trudnych spraw państwowych i odosobnienia. Nowym terenem łowieckim, kiedy wyprawy na ukochaną Ruś były ponad siły król, stało się Mazowsze. Król w 1695 r. przedsięwziął wyprawę do Secymia w powiecie sochaczewskim a następnie do Góry: „aby się w tamtej okolicy polowaniem mógł ucieszyć i potrzebną agitacyją levamen [tj. ulgę – przyp. Autor] zdrowiu swemu przynieść. Już myślistwo i chorągwie: janczarka i semeńska stanęły w Górze, ale dla niepogody odpołudniowej destulit [tj. odłożyły – przyp. J.P.] intencyją swoją o jutrze wtedy chce koniecznie onę wykonać”. Plan polowania odłożono do początku października, ale tym razem deszcz skazał myśliwych na udanie się w okolice Otwocka i dalej do Kozienic. Marnym efektem tego polowania był uszczwany jeden lis. Król jednak nie zrezygnował i znów 20 października wyprawił się do Konar koło Góry, by po nieszczęśliwych łowach jechać do Czemiernik. Tak też ostatni raz przed śmiercią Jan III polował w połowie stycznia 1696 r., co jeszcze wówczas poczytywano za objaw powracającego zdrowia.
Poza królem zapalonymi myśliwymi byli jego synowie, w szczególności królewicz Jakub, który dwukrotnie wyprawiał się: „około Nieporętu, w tym zaś [tj. tygodniu – przyp. Autor], około Góry. Bekasy mordował” a kilka miesięcy później zjechał z braćmi, kanclerzem wielkim litewskim D.M. Radziwiłłem i wojewodą wileńskim K.J. Sapiehą: „szczęście miał, trzech wilków w sieciach zabito, jednego na oczach królewicza jmści”. Polowania jego brata królewicza Konstantego są nam znane, ale z czasów o wiele późniejszych lat 20. XVIII w., kiedy łowom w Olesku towarzyszyły biesiady i zabawy z zaproszonymi pannami.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat