Synowie króla Jana Sobieskiego: Aleksander, Konstanty i Jan, artysta nieokreślony, 1685, Muzeum Narodowe w Krakowie
Główna Konkurs Dziecko Ubiory dziecięce Moda XVII w. Moda XVIII w. Moda XIX w. Tkaniny Rekonstrukcje Inne
Dziecko
Sztuka babienia
Biżuteria dziecięca XVII–XIX wieku
W poszukiwaniu dziecięcego głosu i uczuć
Śladami szczęśliwego dzieciństwa
Od dobrego wychowania do elementarnego kształcenia
Ambasadorki mody - lalki „pandory”
Barbie – kariera najsłynniejszej lalki świata
Meble dziecięce
Po drugiej stronie lustra
Zabawy i zabawki
W poszukiwaniu dziecięcego głosu i uczuć. Świat młodych Sobieskich widziany oczami ich samych oraz osób z najbliższego otoczenia.
Jarosław Pietrzak
Nasza dotychczasowa wiedza dotycząca dzieciństwa w okresie staropolskim, niemal w całości, opiera się na relacjach pochodzących od dorosłych, głównie rodziców, bądź opiekunów dzieci. W oparciu o rodzicielską korespondencję, rejestry, kwity i rachunki gospodarcze, akta sądowe i dokumenty publicznoprawne, opisano każdy z momentów życia nowego członka rodziny począwszy od jego narodzin, poprzez opiekę w przypadku choroby, zabawy, edukację, czasem niespodziewaną śmierć, kończąc zazwyczaj na wkroczeniu w świat dorosłych. Przy tak szeroki namnożeniu informacji, ukazujących funkcjonowanie dziecka w rodzinie – nie tylko szlacheckiej, ale i mieszczańskiej, a niekiedy i chłopskiej – „zagubieniu” w sensie poznawczym uległo ono samo. Sytuację tę możemy uznać za paradoks i odczuć przy tym niemałe zadziwienie. Rodzi się zatem pytanie, dlaczego dziecięcy „głos”, czyli to jak dzieci definiowały otaczający je świat, warunki i relacje z najbliższymi, został wyeliminowany. Wpływ na to miało wiele czynników. Po pierwsze, ogromny dystans czasowy i związana z nim przemiana ogólnych warunków społecznych, gospodarczych i kulturowych, nie pozwala dziś nam historykom, przeniknąć tej wielce intymnej sfery ludzkiego życia, jaką jest rodzinność i uczuciowość epok dawnych. Drugą barierą jest liczba świadectw, stanowiących częściowo klucz do poznania wyżej wspomnianych dziedzin egzystencji. Poznanie uczuciowość dzieci opieramy w przeważającej mierze na opisach stworzonych przez dorosłych i dzięki ich spostrzeżeniom, np. że dzieci były urocze lub śliczne, wnioskujemy o miłości najmłodszych. Wkrada się w to element kreacji określonej rzeczywistości, która deformuje obraz dawnych czasów. Z kolei przekazy źródłowe wytworzone przez dzieci, to ledwie pojedyncze relacje obejmujące ich korespondencję z rodzicami lub najbliższymi krewnymi. Przyczyniła się do tego, ogólnie rzecz nazywając, pozycja dziecka w społeczeństwie czasów średniowiecznych i wczesnonowożytnych. Początkowo przyjmowano, że: „[…] ludzie nie mieli żadnego poczucia specyfiki dzieciństwa. Nie znaczy to wcale, by zaniedbywali i porzucali dzieci, bądź nimi gardzili. Świadomość dzieciństwa to nie to samo co czułość dla dzieci; mieć świadomość to zdawać sobie sprawę z odrębności dziecka […] Samo słowo „dziecko” nie miało wtedy znaczenia, tak wąskiego jak dziś; mówiło się „dziecko”, tak jak dziś w języku potocznym mówi się gars [chłopak]. Nieokreśloność wieku występowała w każdej aktywności społecznej: w zabawie, w pracy, w wojsku”. […] Dziecko zupełnie malutkie, zbyt delikatne, żeby wejść w świat dorosłych, nie liczyło się”. W świetle późniejszych badań okazało się, że pogarda wobec dzieci oraz brak kontaktu pomiędzy dziećmi a rodzicami, okazały się twierdzeniami przesadzonymi.
Założeniem tej pracy jest próba „odszukania” przeżyć i sposobu ich wyrażania przez potomków Jana III Sobieskiego i Marii Kazimiery d’Arquien Sobieskiej. Jak do tej pory wielokrotnie prezentowano stosunek rodziców do ich latorośli, opisując wizję opieki nad dziećmi, proces ich kształcenia, czy próby zapewnienia najmłodszym świetnej przyszłości poprzez małżeństwa z członkami rodzin królewskich oraz promowanie ich kandydatury do tronu polskiego. Odwrócenie tej perspektywy i ukazanie relacji przebiegających pomiędzy rodzeństwem oraz stosunek młodocianych względem rodziców, przynosi nowy, choć nie rewolucyjny od przeszłych ustaleń, obraz rodziny Sobieskich i dopełnia naszej wiedzy o przywiązaniu panującym wśród jej członków. Przyjrzymy się zatem takim kwestiom jak zwracanie się do siebie dzieci, następnie deklarowanie sobie uczuć w formie werbalnej i niewerbalnej np. za pośrednictwem podarków. Ważnym stanie się określenie, jakie znaczenie posiadało poczucie bliskość, wywoływane poprzez wspólne spędzanie czasu przy stole, w trakcie zabaw, czy polowania oraz jak starano się przewalczyć poczucie samotności, tęsknoty i rozstania poprzez kontakt korespondencyjny. Wspólnota i poczucie przynależności do jednej rodziny nie oznaczało wcale idylli i wiecznej szczęśliwości. Stąd pomiędzy dziećmi Sobieskich często dochodziło do mniej lub bardziej poważnych zatargów i konfliktów, które wypełnią dalszą opowieść. Na koniec ukazany zostanie stosunek dzieci do rodziców, zarówno jeśli chodzi o potrzebę spędzenia z nimi czasu, czy też chęć doświadczenia ich rodzicielskiego ciepła wyrażonego czułym gestem lub przytuleniem. Wraz z dorastaniem młodych Sobieskich i ich powolnym wkraczaniem w sferę publiczną, miejsce miłości począł zastępować szacunek względem pary królewskiej, a w szczególności wobec Jana III wyrażany w życzeniach, pozdrowieniach, czy poprzez uczestnictwo synów w wyprawach wojennych. Interesy i śmiałe projekty polityczne snute przez króla i jego małżonkę stały czasem w opozycji do pragnień dzieci, co owocowało licznymi kłótniami, komentowanymi przez samych rodziców lub osoby trzecie. Sprawy te zamkną moje rozważania wokół tematu.
Zanim jeszcze przejdę do głównego wątku, pozwolę sobie krótko przypomnieć kilka faktów z życia rodziny Sobieskich, jak i uczynię niezbędne zastrzeżenia odnoszące się do tematu.
Pierworodnym synem Jana Sobieskiego i Marii Kazimiery był Jakub – nazywany nieraz Fanfanem, Fanfanikiem lub Kubeczkiem – który przyszedł na świat niedługo po ślubie pary, w 1667 r. w Paryżu. Wkrótce po powrocie do kraju, Sobieska po raz kolejny spodziewała się dziecka, jednak tym razem ciąża zakończyła się poronieniem bliźniąt. Powodem była ospa, na którą Maria Kazimiera zapadła w maju 1669 r. Dokładnie rok później, kiedy marszałkowa i hetmanowa polna koronna przebywała ponownie we Francji urodziła się córka Sobieskich Teresa Teofila. Dziecko okazało się jednak zbyt słabe i wkrótce zmarło. W 1672 r. radość rodziców wywołały narodziny Adelajdy Ludwiki nazwanej Berbiluną, jednak i ta dziewczynka szybko pożegnała się z tym światem, w wieku zaledwie pięciu lat. Podobny los spotkał Marię Teresę (?), czule przezywaną Menonką. W 1674 r., kiedy Jan został obrany królem Polski, Maria Kazimiera utraciła kolejne dziecko. Dopiero w 1676 r., tuż po królewskiej koronacji na świat przyszła zdrowa dziewczynka, której nadano imiona Teresa Kunegunda, a w kręgu rodzinnym nazwano ją Pupusieńką (od franc. la poupée – laleczka). Chwilę po niej, w 1677 r. rodzice znów cieszyli się z powodu narodzin, tym razem syna Aleksandra Benedykta, czule przezywanego Minionkiem (od franc. le mignon – dzieciątko, pieszczoch, ulubieniec). Rok później, w czasie pobytu w gościnie u Radziwiłłów w Białej Książęcej (obecnie Białej Podlaskiej), królowa wydała na świat martwe dziecko. Ten smutek nie trwał długo, bo już w 1680 r. przyszedł na świat syn Konstanty (właściwie Konstantyn) Władysław czule określany Amorem lub Murmurkiem. Ostatnim dzieckiem królewskiej pary był Jan przezywany Filonem lub Filonecikiem, żyjący w latach 1683-1685.
Reasumując, z jedenaściorga dzieci Sobieskich, tylko cztery dożyły wieku dojrzałego. Taka periodyzacja odnosząca się do kolejności przychodzenie na świat dzieci Jana i Marii Kazimiery, każą zamknąć opowieść w latach 1667-1696. O ile ta pierwsza cezura czasowa nie budzi wątpliwości i został już uargumentowana powyżej, o tyle końcowa data graniczna wymaga szerszej uwagi. Śmierć Jana III w czerwcu 1696 r. stanowiła ważny moment w życiu pozostałych członków rodziny królewskiej. Wraz z odejściem zwycięzcy spod Wiednia, bracia rozpoczęli wieść pomiędzy sobą spory o majątek po zmarłym. Dołączyły do tego niesnaski pomiędzy najstarszym z nich Jakubem a królową-wdową Marią Kazimierą wokół metod prowadzenia walki elekcyjnej, stawką której był tron królewski dla Sobieskiego. W ten sposób żaden z nich nie zdołał ani uchronić ogromnego majątku przed zakusami magnatów ani sięgnąć po królewską koronę. W 1698 r. Maria Kazimiera opuściła kraj i udała się do Rzymu, pozostając w nim na zaproszenie kolejnych papieży aż do listopada 1714 r. Potem odjechała do Blois, gdzie zmarła w styczniu 1716 r. Rodzina po śmierci Jana III, straciła wewnętrznego ducha jedności, podtrzymywanego szczególnie autorytetem króla. Sprzeczne interesy polityczne, kłótnie, różne miejsca zamieszkania i tworzenia przez kolejną generację Sobieskich własnych gniazd rodzinnych zadecydowały, że przestali się oni liczyć się w wielkiej polityce i skoncentrowali się na przetrwaniu oraz ochronie pamięci o ojcu.
Oczywiście ta długo perspektywa lat 1667-1696 redefiniuje pojęcie dzieciństwa, wszak najstarszy z synów w chwili śmierci ojca miał 29 lat, był żonaty i posiadał dziecko. Jego młodsi bracia byli wkraczającymi w dorosłość młodzieńcami, a siostra od 1694 r. była żoną elektora Bawarii Maksymiliana II Emanuela. Przypomnijmy jednak słowa Philippa Ariés, że dawniej pojęcie dzieciństwo posiadało bardzo szerokie znaczenie, a okres ten wcale nie kończył się wraz z osiągnięciem przez członka rodziny dojrzałości płciowej. Dzieciństwo wyrażało się w idei zależności potomków od swych rodziców i dopiero uwolnienie się spod ich władzy stanowiło wstęp do samodzielnego, dorosłego życia. Stąd też w pracy termin „dzieciństwo” rozumiany będzie w szerokim znaczeniu.
Ostatnia moja uwaga odnosi się do charakteru zgromadzonych źródeł. Poza listami samych Sobieskich, które na bieżąco opisywały rozgrywające się sytuacje – do grupy przekazów wliczyć należy pamiętniki i wspomnienia. Świadectwa te, w szczególności autorstwa Bernarda O’Connora czy Françoisa Paulina Daleraca, spisywane i wydawane były na długo po śmierci Jana III, stąd obraz niektórych wydarzeń oraz postaci jest stronniczy lub zniekształcony. Porównując relacje osób przebywających na dworze odnieść można wrażenie, że każdy z autorów budował zgoła inny wizerunek psychofizyczny postaci i zapatrywał się na wydarzenie z perspektywy własnych uprzedzeń, wyobrażeń, czasem nawet dając wiarę plotkom. O wiele pełniejsze i wiarygodniejsze wydają się relacje spisywane przez tzw. informatorów bądź agentów magnackich utrzymywanych na dworze królewskim celem sporządzania wieści dla swoich mocodawców. Taki walor posiadają m.in. dzienniki i korespondencja stolnika witebskiego Kazimierza Sarneckiego informatora podkanclerzego litewskiego Karola Stanisława Radziwiłła z lat 1690-1696.
***
Sposób zwracania się nadawcy do adresata, w tym właściwe jego tytułowanie, miało w epoce staropolskiej bardzo ważne znaczenie. Było nie tylko wyrazem grzeczności, ale przede wszystkim sygnalizowało respekt względem odbiorcy wiadomości. W dawnych czasach wypełnionych różnymi formami zależności artykułowanie swych próśb nie mogło obejść się bez używania określonych zwrotów, biorąc pod uwagę, że celem suplikanta było zdobycie łaski swego dobrodzieja. Na podobnych zasadach funkcjonowała rodzina szlachecka. Dzieci były nie tylko zależne od władzy ojca oraz matki, względnie opiekunów, lecz w kontaktach pomiędzy sobą używały form, które dziś wydawałyby się nam oficjalne i nienaturalne. Nie inaczej było jeśli chodzi o relacje rodzeństwa Sobieskich. Wszystkie dzieci Jana III i Marii Kazimiery Sobieskie używały względem siebie tytułu „Waszej Królewskiej Mości”. Zasady tej przestrzegano w wymienianej korespondencji i nie czyniono odstępstw. Dbali o to Aleksander, Konstanty i Teresa Kunegunda względem brata Jakuba, wyrażając w ten sposób swoją podległość, szacunek i uniżenie. Konstanty nazywał nawet raz Jakuba „Monseigneur” (tj. „Mój Panie”) i zaznaczał, że: „chcę służeczką być WKMci i odsłużę po tym tę łaskę WKMści”, co jasno oddaje jego uzależnienie i poddanie się starszemu. Konwencjonalnie stosowano też francuskojęzyczny zwrot „Mon tres chere frère” (z franc. mój drogi bracie). Fakty te sugerują, iż istniał pewien dystans pomiędzy młodszym rodzeństwem a ich starszym i dostojniejszym bratem. Trudno jasno orzec, czy młodsi królewicze rzeczywiście nie lubili Jakuba, jak opisali to niektórzy pamiętnikarze. Jakub, z racji przejawianej surowości, raczej tłumił swe uczucia ograniczając je do wyrażania opiekuńczości czy przywiązania. Zdarzyło się, iż nazwał Aleksandra zdrobniale „z serca kochanym braciszkiem”, lecz był to pojedynczy przypadek.
Na pierwszy rzut oka stwierdzilibyśmy, że relacje pomiędzy rodzeństwem były skostniałe i zimne. W rzeczywistości, co pokazuje korespondencja rodzeństwa, deklarowano sobie wiele ciepłych uczuć nazwanych ogólnie „braterskim”, „siostrzanym” lub „statecznym afektem”. Poza „konsolacją” czyli pociechą, padały też wielokrotnie zapewnienia o serdeczności, wiernej pamięci, czy wręcz kochaniu. Teresa Kunegunda wspomniała swojemu bratu Aleksandrowi, iż: „WMci będzie miło przeczytać, tak mnie kochając, jak mnie WMć kochasz”. W tej deklaracji – co pokazuje wiele przykładów z epoki – nie było nic niestosownego, czy zdrożnego wyjąwszy pewną egzaltację. Teresa bardzo lubiła zresztą Aleksandra. To jemu zwierzała się później ze swych sercowych rozterek, między innymi pisząc o zakochaniu się w jednym z Szembeków. Siostra była też powiernicą miłosnych uniesień brata, przekazując mu liściki od starościanki różańskiej Marii Józefy Wesslówny. Później, kiedy Teresa była już elektorową bawarską, pisała bratu o porzuceniu jej przez męża, złym traktowaniu w obecności dworzan i romansach Maksymiliana Emanuela z metresami. Co znamienne, prosiła o nie dzielenie się tymi informacjami z najmłodszym z braci. Nie oznacza to jednak, by pogardzała Konstantym, lecz z pewnością mniej mu ufała.
Dzieci królewskie bardzo często przesyłały sobie wzajemnie życzenia świąteczne, dając w ten sposób dowody swej pamięci i chęci podtrzymania więzi rodzinnej. Dodajmy, że młodsi pisząc do żonatego Jakuba, nigdy nie zapominali pozdrowić jego żony oraz dzieci. Poza werbalnymi zapewnieniami o atencji, rodzeństwo wyrażało sobie wdzięczność za pomocą nadsyłanych podarunków. Tak też Jakub przekazał swej siostrze bogaty pierścionek, za który to prezent królewna dziękowała w osobnym liście. W 1686 r. ten sam królewicz nadesłał konia bachmata z dalekiej Mołdawii, którego jego brat Konstanty przyjął, dziękując z przesadną galanterią, że: „niegodny jestem tego co Wasza Królewska Mość prowadzi dla mnie”. Najstarszy Sobieski posyłał rodzeństwu wielokrotnie swe podarunki. Z okazji świąt Bożego Narodzenia oddał braciom i siostrze m.in. szkatułkę z niespodziankami dołączając do niej swe pozdrowienia. Wspomnijmy jeszcze o podarku, jaki bracia Aleksander i Konstanty przygotowali dla swej siostry z okazji jej ślubu z elektorem bawarskim w 1694 r. Wojewoda kaliski Stanisław Małachowski w swej relacji nie sprecyzował cóż to był za przedmiot, lecz biorąc pod uwagę okoliczność, możemy domyślać się o jego wyjątkowości. Siostra królewiczów już po osiedleniu się w Brukseli, gdzie jej mąż pełnił urząd cesarskiego namiestnika, w dowód sympatii i pamięci przesyłała braciom Aleksandrowi i Konstantemu, pierścienie z diamentem, złote szarfy i krawaty.
Przekazywane pozdrowienia, życzenia i upominki nie zastąpiły jednak fizycznej bliskości, z której wynikała radość wspólnego spędzania czasu. Podróże dworu królewskiego, pomiędzy Warszawą, Wilanowem, Pielaszkowicami w województwie lubelskim, czy siedzibami ruskimi (Wysockiem, Jarosławem, Żółkwią, Jaworowem i Kukizowem), wymuszały co prawda na dzieciach częste rozstania, lecz od lat 90. XVII w. widzimy je przebywające stale razem. Okazję do wspólnych rozmów stwarzały w ciągu dnia posiłki, które młodzi Sobiescy spożywali nie tylko w towarzystwie rodziców, ale także własnym m.in. królewicz Jakub przez trzy dni z rzędu jadł obiad tylko w obecności królewicza Konstantego (16-18 I 1694). Jeżeli tylko pozwalała na to pogoda i brak innych obowiązków, dzieci zabawiały się ze sobą biegając i ciesząc się jak miało to miejsce w Żółkwi, gdzie: „Królewna jm. z królewiczami ichm. w ogrodzie aż pod Horaj kwiatki, fiołki zbierali i tam sobie igrali” Raz powzięte zabawy toczyły się aż do późnego wieczora. Grano wówczas w gąskę lub w karty. Do tych ostatnich dzieci dobierały sobie rywali np. ojca królowej Henryka d’Arquien, brata Marii Kazimiery Anny Ludwika hrabiego de Maligny, czy wojewodzinę bełską Elżbietę z Lubomirskich Sieniawską.
Nic tak jednak nie cieszyło młodych jak tańce, które odbywały się nader często, szczególnie w okresie karnawału. Do zabaw zapraszano nieraz damy z fraucymeru królowej, co dawało braciom, w szczególności Aleksandrowi, możliwość flirtowania z niektórymi z nich. Sobiescy dawali się ponieść radosnej atmosferze i urządzali bale, na których występowali w przebraniach: „ten za kardynała, tamten za mniszkę, ktoś inny w stroju jeszcze bardziej niestosownym i śmiesznym”. Innym razem wymyślono zabawę, podczas której łączono się w pary jednej płci. Tancerze wystąpili w przebraniach nadesłanych przez królewicza Jakuba. I tak królewicz Aleksander tańczył ze starostą szydłowskim Stefanem Przerembskim, kasztelanic wojnicki Stanisław Szembek z hrabią de Maligny, kasztelanic przemyski Stadnicki z Janem Sobieskim cześnikiem koronnym, a królewna Teresa Kunegunda z podkoniuszanką litewską Teresą Gołuchowską. Okazją do tańców był także przyjazd posła bawarskiego Marxa Christopha barona Mayra, któremu w Żółkwi w 1693 r. zademonstrowano taniec węgierski w wykonaniu Teresy Kunegundy i królewicza Aleksandra: „odprawiony z wielkim gustem”.
O ile wspólnie spędzony czas stwarzał okazję do radości i powszechnej wesołości, o tyle rozstania napawały dzieci smutkiem. Już wyprawa wojenna do Mołdawii w 1691, w której udział wzięli Jakub i Aleksander wywołała w najmłodszym z braci Konstantym uczucie żalu. Z tego powodu najmłodszy pozdrawiał braci, prosił ich o bardziej regularne doniesienia, życzył, by odnieśli zwycięstwo, wzięli jeńców oraz jak najszybciej powrócili do kraju. Podobne zaniepokojenie odczuła ich siostra Teresa. Jakub narzekał, co prawda, na trudy obozowego życia, ale prosił też, aby przesadnie nie martwić się tymi niewygodami. Doświadczeniem, które wprawiło braci w głęboki żal, był wyjazd ich siostry do Brukseli w 1694 r. na dwór jej małżonka. Początkowo przewidywano, iż bracia odprowadzą siostrę do rogatek Warszawy, lecz na początku listopada tego roku król zmienił decyzję, czym bracia Sobiescy: „bardzo poalterowani zostali”. Prawdziwa żałość tknęła jednak młodych w trakcie pożegnania. Deszczowa aura tego dnia – zdaniem Sarneckiego – oddawała powszechną żałość i przepełniła zebranych melancholią oraz rozpaczą. Bracia, wbrew wszelkim umowom i ceremoniałowi, postanowili zatrzymać siostrę i jeszcze przez chwilę nacieszyć się jej obecnością: „Dzień dzisiejszy determinowany cały prawie wespół z niebem odjeżdżającej jm. elektorowej wszystkich począwszy od majestatów, które niesłychanie i na mszy św. i na obiedzie płakał, i kiedy już wozy ruszać się po obiedzie na noc do Woli poczęli i ona wsiadać miała potkała królewicza jm. Aleksandra, w którym się najbardziej kocha, on ją do królowej jm., aby jeszcze o kilka godzin do dnia jutrzejszego prosiła króla jm., żeby nie jechała, dając racyję, że «gdy dziś pojadę pewnie się rozchoruję w drodze»”. Jan III wydał zgodę, co Aleksander i Konstanty przyjęli z niejaką pociechą i upadli ojcu do nóg w dowód swej wdzięczności. Już po odjeździe i przybyciu do Niderlandów, w korespondencji Teresy, zaczęło dominować uczucie tęsknoty za bliskim. Wzmacniane było ono z jednej strony nostalgią za krajem, z drugiej wyobcowaniem wyzwolonym w skutek przebywania Sobieskiej w kręgu nieznanych jej arystokratów i konieczności nauczenia się oraz przyjęcia obyczajów dworskich. W zaistniałej sytuacji jednym remedium, potrafiącym ukoić smutek stały się listy słane do Aleksandra. Trzeba dodać, iż w ogóle epistolografia tamtych czasów, pozwalała na wytworzenie atmosfery wspólnie spędzonego czasu i podtrzymania relacji rodzinnych. Sięganie po pióro stanowiło formę terapii duszy i pozwalało na wyjście z izolacji emocjonalnej. Nie wolno zatem dziwić się apelom o regularność korespondencji, co Teresa wyrażała następująco: „mnie się zaś widzi, że mi potem lepiej będzie z samego ukontentowania, że kiedy nie mogę widzieć i mówić dla odległości miejsca to przynajmniej mi to zostaje listowna wzajem korespondencja”. Nic tak nie ucieszyło elektorowej, jak zapowiedź podróży braci do Paryża w 1696 r. Dawało jej to nadzieję na spotkanie Aleksandra i Konstantego w Namur, bowiem w Brukseli elektorowa wzbraniała się ich przyjęć bez zgody męża. Autentyczna radość i chęć opowiedzenia braciom tego, co: „niepodobna powierzyć listom” wielce podnieciła Teresę. Niestety, na skutek niezgody Maksymiliana Emanuela na podróż żony, do spotkania nie doszło.
Idylliczny i sielankowy obraz relacji pomiędzy rodzeństwem jest tylko częścią prawdy. W każdym rodzeństwie, tak i pomiędzy Sobieskimi dochodziło do zatargów i konfliktów. Do jednego z mniej poważnych nieporozumień doszło pomiędzy Aleksandrem i Konstantym zapewne w latach 80. XVII w., kiedy król podarował najmłodszemu parę pistoletów. Starszy z braci, zazdrości postanowił pokłócić się i odebrać młodszemu broń: „Po kilku przykrych słowach wysłanych do brat, że jest gorączka, uniósł się i wyciął mu policzek. Aleksander rad z tego, zaczął płakać i odgrażać się, że pójdzie ze skargą do ojca «Idź, idź – mówi Konstanty – nie boję się niczego». Gdy zaś Aleksander prosto szedł do komnat królewskich, Kostuś pomiarkował, że może być bieda i rzekł «trzeba zgodzić mego brata, ale jakim sposobem? Zawołajcie Olesia». Zawołano go – a on przystępując doń rzekł «Widzę coś zbroił, chcesz wydrzeć mi pistolet? Uspokójże się i nasyć swoje łakomstwo; to mnie tylko sobie czyni wyższym nad ciebie, że kiedy ja wszystko oddam, ty nigdy nic nie dasz nikomu»”. Sprzeczka ta – o ile faktycznie do niej doszło – wydawała się być błahostką. Niemniej ujawniała ona charaktery królewskich synów, ich namiętności, skłonność do małostkowości i pychy.
O wiele poważniejsza wydawał się rywalizacja pomiędzy Jakubem a Aleksandrem. Istniało wiele powodów owego napięcia. Jakub był o dziesięć lat starszy od Aleksandra. Czuł się już z tej racji przyszłą głową rodu. Wraz z przyjściem na świat brata, Jakub stracił jednak pozycję jedynego chłopca w domu. Zważmy, że Aleksander, który urodził się już po koronacji Jana Sobieskiego uznawany był od razu za królewicza. Jakub, jako syn hetmański, musiał czekać, by uzyskać ten tytuł i dobrze zapamiętał moment owej przemiany. Być może z tego powodu, choć nie jest to udowodnione, Jakub był przekonany, że jego brat posiadał większe szanse wyboru na króla w przyszłej elekcji, niż on sam. Zdaniem Aleksandry Skrzypietz, pogląd ten był wytworem kręgu magnaterii nieprzychylnego Sobieskim i dążącego do wewnętrznego skłócenia rodziny. Niemniej domyślać się możemy, że hołubienie młodszych synów przez parę królewską mogło zrodzić w Jakubie zazdrość i błędne przekonanie o byciu owym „gorszym”. Do poważnej awantury doszło w 1691 r., kiedy średni z braci, ponoć na życzenie ojca, miał wziąć udział w wyprawie mołdawskiej. W tym samym roku, w marcu, Jakub ożenił się z powinowatą cesarza Leopolda I Jadwigą Elżbietą Wittelsbach z książąt na Neuburgu. Królowa z kolei szukała zbliżenia z Francją. Wszystkie te kwestie w połączeniu ze sobą rysowały przed Jakubem trudną do udźwignięcia perspektywę. Zapewne sądził, że jeżeli wyprawa zakończy się sukcesem, laur zwycięstwa przypadnie Aleksandrowi. Z kolei, jeżeli dojdzie do klęski, to król zerwie przymierze z Cesarstwem i resztą Świętej Ligi, a to postawi królewicza w niezręcznej sytuacji. Maria Kazimiera starała się mediować między synami. Popierała starania młodszego o wyjazd, pisząc: „tak się naparł jechać z Królem, żem mu trudno zabronić mogła, kiedym wiedziała, że sam Król mój tego bardzo pragnął. Mam nadzieję u Pana Boga, że będzie miał jego młode lata w opiece swej, i że mu da początki rzemiosła, do którego jest powołany, szczęśliwie zaczynać, pod tak dobrym mistrzem, jakim jest Król ojciec jego. Jakiej to narobiło inwidyi u brata starszego Jakuba […] jako nas utrapił, osobliwie mego nieboraka na tym odjezdnym; niepodobna tego wyrazić, dusza go bolała”. Maria Kazimiera dostrzegała wyraźnie w tej okoliczności próby dalszej edukacji syna, a nie jego wywyższenia. Starszemu radziła z kolei, by powściągnął zazdrość i okazał łagodność, która jest cnotą wysoko urodzonych. Jakub rzadko zdobywał się jednak na dobroduszność. Śladem tego jest jego późniejszy list z 1699 r., w którym karcił brata za niedopilnowanie spraw gospodarczych: „chyba rydal a motyka mnie rozdzieli a charitatem fraternam zakończy we mnie tę miłość, która lubo zawsze w sercu moim była, jednak dla różnych interruminencji ne pas jamais paroite au jour”.
***
Świat młodych Sobieskich nie obracał się wokół wyłącznie ich własnych spraw. Dzieci, podlegając władzy rodziców, reagowały na uczucia okazywane im przez dorosłych oraz liczyły się z intencjami i planami starszych, dotyczącymi ich przyszłości. Ważną ich potrzebą było fizyczne doświadczenie bliskości rodziców. O tym, jak istotnym było okazywanie miłości dzieciom poprzez przytulenie czy pocałunek przekonujemy się z listów Jana Sobieskiego, w których nakazywał małżonce całować i obłapiać dzieci. Można, to rzecz jasna traktować, jako formalność, ale nie ma też powodów, by sądzić, że zaniedbywano spełnienie tego życzenia. Gdy narodził się Jakub jego ojciec przestrzegał małżonkę, by: „często nie bywał na pościeli u Mamusieńki, żeby dziś nie odsadził tatusia od miłości najśliczniejszej Marysieńki”, jednak już po narodzinach Konstantego bardzo cieszył się, iż: „Murmur, że na moim miejscu karesuje Wci moja panno, bardzom mu za to powinien”. Jak widać postawa Sobieskiego wobec zabawiania i pieszczenia dzieci, z biegiem czasu, zmieniła się. Ogólnie był on jednak przeciwny bawieniu dzieci, uznając, że zbytnia poufałość może rozczulić dziecko i zachwiać jego charakterem. Świadczy o tym także jedna ze scen, kiedy w 1693 r. Maria Kazimiera podsunęła królowi do przytulenia ich wnuczkę Marię Leopoldynę. Król stanowczo wówczas odrzucił umizgi dziecka, argumentując to zmęczeniem i chorobą, które odebrały mu siły. Poza tym Jan nie dopuszczał, by dzieci widziały go w sytuacji zbytniej poufałości z małżonką, jak miało to miejsce w kwietniu 1682 r. Wyprawiając się na łowy, wolał wymknąć się i nie całować Marii Kazimiery na pożegnanie, w obawie, iż obaj zostaną przyłapani przez małego Konstantego. Dzieci mimo wszystko chętnie lgnęły do swych rodziców wzbudzając tym ich rozczulenie i radość: „Widzę, że Menonka pochlebnica umie się wkradać w serduszko WMci; ale na dawniejsze trzeba pomnieć de la Berbilune zasługi”. Wszelkie żarty wywołane przez dzieci były traktowane przez Sobieskich, jako wyraz ich dziecięcej fantazji. Stąd też stwierdzał, że psoty Konstantego: „co sobie rozkazuje tutu, papu i o robocie Pupeńki”, są wyrazem jego dziecięcych potrzeb i łączą się z próbą zwrócenia na siebie uwagi.
Młodzi Sobiescy wychowani zostali w rodzinie, w której poczucie emocjonalnej harmonii i jedności były warunkami koniecznymi do wszelkiej egzystencji. Stąd wynikał niepokój, z jakim dzieci reagowały na czyjś wyjazd lub przedłużającą się nieobecność. Brak ojca, przebywającego albo w swych rezydencjach na Rusi, albo w sprawach politycznych, czy na wyprawie wojennej, w zrozumiały sposób wywoływał tęsknotę najmłodszych. W 1678 r., kiedy Jan III opuścił Gdańsk po kłótni z żoną, dotyczącą notabene wychowania dzieci, zaniepokojony całą sytuacją królewicz Jakub, oświadczył zebranym senatorom, że w domu: „papy nie masz”. Tym oświadczeniem wprawił zgromadzonych, łącznie z królową w zakłopotanie. Z punktu widzenia dziecka, będącego obserwatorem rodzinnych niesnasek, był to wyłącznie wyraz jego zmartwienia konfliktem rodziców. Innym razem, kiedy Sobieski długo nie wracał z wyprawy wiedeńskiej, Konstanty zaczął rezolutnie dopytywać się o los ojca. Ciotka malca Katarzyna z Sobieskich Radziwiłłowa odparła, że sama pojedzie do Jana III, Konstanty stwierdził stanowczo: „«Nie pojedziesz! Nie zmiszlaj!»”, i jak dodawała królowa, będąca świadkiem całej sceny: „Usta mu się nie zamykają, wciąż się wybiera do swojego tatusia, a po cichutku się mnie pyta, kiedy Wmć przyjedziesz”. Lęk królewicza był w tym przypadku tak wielki, że raz jeszcze przypomniał, iż: „tata pojechał na wojnę bić Turków i Tatarów, a ja chcę do papy”.
Oczywiście forma artykułowania owej bliskości zmieniła się wraz z dorastaniem Sobieskich. Aleksander i Konstanty chętnie towarzyszyli matce w jej podróży do Cieplic Śląskich w 1687 r., czy też asystowali jej podczas zwyczajowych przechadzek po ogrodach w Wilanowie oraz Wysocku. Z kolei, kiedy w grudniu 1693 r. król poważnie zaniemógł, jego dzieci czuwały całą noc przy jego łożu zabawiając ojca rozmową, grając przy nim w karty lub słuchając wraz z nim ruskich dumek. Widać zatem, że dzieci wyrażały swą czułość nie tylko poprzez zwyczajowe uściski. Podkreślały one ponadto swoje uwielbienie w postaci życzeń, czy darowanych prezentów. Jakub w 1684 i 1692 r. winszował monarsze z okazji świąt Bożego Narodzenia pomyślności i długiego panowania. Królewicz nie zapominał też o matce. W 1683 r. po zdobyciu twierdzy Gran (węg. Ostrzychom lub Pàrkany), zapewniał ją o odniesionym zwycięstwie, swym zdrowiu oraz przesyłał swe ucałowania. Młodszy Aleksander w 1695 r. podarował ojcu z okazji jego imienin konia ze swojej stajni i wraz z bratem złożył solenizantowi życzenia w obecności senatorów oraz urzędników. Podobnie postąpiła Teresa Kunegunda, która: „do króla miała wielkie przywiązanie”. Przekazywała ojcu wyrazy pamięci, życzenia zdrowia, czy podarki, np. w 1695 r. oddała monarsze obraz przedstawiający św. Piotra. Matce z kolei odsyłała zwyczajową korespondencję, przekazywała pozdrowienia i ofiarowywała lekarstwa.
Poza sentymentem i serdecznością, dzieci wyrażały swój stosunek do rodziców, okazując im należny szacunek. Manifestował się on na wiele sposobów. Najprościej wyrażał się on poprzez codzienne posłuszeństwo, przez co rodzice mogli z dumą niekiedy pisać, że ich pociechy m.in. Jakub, czy krótko żyjący Jan byli grzeczni lub pilnie sposobili się do nauk. Utrzymanie dyscypliny i wykazanie się dobrymi manierami okazywało się szczególnie ważne, kiedy rodzina królewska składała oficjalne wizyty. Aż trzykrotnie dzieci królewskie pod opieką rodziców wizytowały klasztor karmelitanek bosych w Lublinie. Jak zanotowała kronikarka, królewicze otrzymywali posiłki z kuchni klasztornej, w tym groch i barszcz, które to: „rade bardzo nasze porcyjki jadały, a przy dworskich jadłach marudziły”. Trudno pojąć skąd autorka kroniki wiedziała o narzekaniach dzieci na dworskie potrawy, niemniej w swej relacji wynosiła na plan pierwszy skromność, prostotę ducha i pobożność dzieci. Poddanie się woli rodzicielskiej okazywało się warunkiem koniecznym w sytuacjach niebezpiecznych. Za taką należy uznać wyprawę króla przeciw Turkom w 1683 r. pod Wiedeń, w której udział wziął królewicz Jakub. W swym diariuszu, w tonie pełnym pokory odnotował, iż: „Chociaż nierównym krokiem (albowiem wyznaję żem i rekrutowi jeszcze nierówny), lecz o ile potrafię szedł w jego [tj. Jana III – przyp. J.P.] ślady i czołgając się przynajmniej na jego tarczy, przywykał powoli do większych trudów, których on w pocie czoła doświadczył”. Trudno chyba o lepszy wyraz powściągliwości i umiaru w ocenie własnych możliwości. Rozwagę, dostojność i towarzyską ogładę Jakuba zwykł zresztą wiele raz podkreślać król, pisząc: „Fanfanik brave au dernier point, na piędź mnie jeszcze nie odstąpił”, czy też: „Z Fanfanikiem tak dobrze et familièrement, jakoby się już dobrze znali [tj. królewicz z Maksymilianem Emanuelem Wittelsbachem – przyp. J.P.] od kilkunastu lat. Zowie go często mon cher frère; bo i Fanfanikowi przynać, il est tout autre nieboraczeńko souffre beaucoup; a za łaską Bożą zdrów i nie przykrzy mu się”. Te same cechy najstarszy wykazał w 1686 i 1691 r. podczas dwóch wypraw na Mołdawię. W czasie tej ostatniej – przypomnijmy – ojcu i bratu towarzyszył królewicz Aleksander, który także poddawał się rozkazom dowódców. Za ostatni przykład, w pewnym sensie specyficzny, jeśli chodzi o rodzaj uszanowania, uznać należy zachowanie dzieci na wieść o śmierci ojca. Przy łożu zmarłego króla, w dniu 17 czerwca 1696 r., poza królową i dostojnikami świeckimi oraz duchownymi, obecni byli także Aleksander i Konstanty, z których pierwszy: „ledwo do siebie przyszedł”, a drugi: „przeciw naturze żałował zmarłego”. „Serdeczne królewiczowskie utrapienie”, o którym pisał Sarnecki w swej relacji do Karola Stanisława Radziwiłła, obeszło chyba tylko królewicza Jakuba, którego nie było ani w Wilanowie ani w Warszawie i nie znamy jego reakcji na to wydarzenie.
Młodzi nie zawsze jednak okazywali się spolegliwi i często dawali się swym rodzicom we znaki. Zdarzało się, iż król i królowa perswadowali lub z oburzeniem reagowali na pomysły lub zachowania swych dzieci.
Kiedy w styczniu 1694 r. królewicze Jakub, Aleksander i Konstanty „zachorowali”, po hucznych zabawach urządzonych w gospodzie przez Elżbietę z Lubomirskich Sieniawską, Maria Kazimiera urządziła wszystkim uczestnikom pijatyki awanturę, w trakcie której średni z braci starał się odpierać zarzuty i tłumaczyć pozostałych, prowadząc do zgody. O wiele poważniejszy był gniew ojcowski wywołany prośbami Marii Kazimiery o zwiększenie uposażeń dla dworzan Aleksandra i Konstantego, których monarcha nie chciał przyznać. Zainteresowani odczuli głęboki niesmak, tym bardziej, że najstarszy syn otrzymał dość pokaźną sumę na ten cel: „Wielka jest konsternacja w królewiczach ichm., aemulatio non cessit, mając in summo odio brata starszego, wraz to większe pomieszanie myśli w nich znajduje się”. O ile powyższe spory uznać możemy za mało istotne, o tyle nieporozumienia pomiędzy parą królewską a ich najstarszym synem w kwestii przygotowywania kampanii elekcyjnej przybierały nieraz charakter poważnych sprzeczek. Jana III i Marię Kazimierę irytowały niezapowiedziane wyprawy Jakuba do Wrocławia i Lipska w 1692 i 1693 r., celem konsultacji jego ewentualnej kandydatury na tron polski ze stroną cesarską. Oboje królestwo, którzy zamierzali zawrzeć sojusz z Francją i szukać poparcia Ludwika XIV, starali się prośbą i groźbą odsunąć Jakuba od kontaktów z posłami cesarskimi. Po jednej z takich konfrontacji, królewicz: „kazał zamknąć się w swym gabinecie i nie wychodził z niego, oświadczając, że jest chory”. Niestety, upór królewicza był tak duży, że i po śmierci Jana III wolał on działać samemu niż powierzyć działania polityczne swej przedsiębiorczej matce. Spór Jakuba z Marią Kazimierą rozniósł się tak szeroką falą, że zraził do jego kandydatury dotąd wierną mu szlachtę, a królowa postanowiła udać się do Bielan pod Warszawą. Dopiero w październiku 1696 r., królewicz zdecydował się pogodzić się z matką, która: „Jechała do Warszawy, a tam jadąc, w drodze zjechała się z królewiczem Jakubem, który jechał przepraszać […] wysiadłszy wtedy z kolaski za nogi ścisnął Królową Jej Mść”. Wiele podobnych zmartwień wyczytać możemy z korespondencji Teresy Kunegundy, która utyskiwała, iż królowa była zagniewana z powodu braku listów. Być może złość ta targnęła także królem, skoro Teresa prosiła brata, by wstawił się za nią. Obie historie zdradzają dystans, brak odwagi a nawet indywidualizm dzieci na wypadek konfliktu z rodzicami.
Podsumowując rozważania zauważyć należy, jak wiele da się wyczytać z przetrwałych do naszych czasów listów młodych Sobieskich, choć wcale nie jest ich dużo, w porównaniu do epistolografii ich sławnych rodziców. Wrażenia, emocje i uczucia, jakich doświadczały dzieci, wynikają jednak w przeważającej mierze z ocen, sformułowanych na podstawie przekazów Jana III, Marii Kazimiery lub osób przebywających na polskim dworze. Tworzyli oni własną wizję „dziecięcego głosu i uczuć”, których choć nie należy ignorować, to jednak należy traktować je z właściwą rezerwą.
Dzieci królewskie okazywały sobie wiele zrozumienia, kochały się, współczuły sobie, wyrażały zmartwienie niepowodzeniami i radość z odniesionych sukcesów. Podobny ich stosunek, dopełniony czcią i respektem, cechował kontakt z rodzicami. Nieraz wadziły się ze sobą i ze starszymi, jednak poczucie wspólnoty i chęć przebywania razem na zawsze wypełniły ich życie. Po śmierci Jana III, kiedy członkowie rodziny rozpierzchli się po Polsce i po Europie, ważnym stała się regularna korespondencja i odwiedziny królewiczów w oławskim dworze królewicza Jakuba. Jak bardzo obawiali się oni samotności świadczy list najmłodszego z nich do Aleksandra, w którym prosił, by: „kiedy słowik już wiosnę opiewać powinien, kukułka go naśladuje, kwiaty na ozdobę pękać się poczynają, a pola perfekcją zieloności już doszły, krótko mówiąc wszystkie by były niepełne ukontentowania, gdyby mi jedno a największe nie zbywało, to jest braterskiej rezolucją WKMci obecnością się wkrótce cieszyć”. Konstanty przypominał bratu dawne zabawy na żółkiewskich polach i zachęcał do przybycia. Niestety los sprawił, że bracia i ich siostra doświadczyli bycia tułaczami, wygnańcami i więźniami, przez co nie spełnili swych królewskich ambicji.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat