Synowie króla Jana Sobieskiego: Aleksander, Konstanty i Jan, artysta nieokreślony, 1685, Muzeum Narodowe w Krakowie
Główna Konkurs Dziecko Ubiory dziecięce Moda XVII w. Moda XVIII w. Moda XIX w. Tkaniny Rekonstrukcje Inne
Dziecko
Sztuka babienia
Biżuteria dziecięca XVII–XIX wieku
W poszukiwaniu dziecięcego głosu i uczuć
Śladami szczęśliwego dzieciństwa
Od dobrego wychowania do elementarnego kształcenia
Ambasadorki mody - lalki „pandory”
Barbie – kariera najsłynniejszej lalki świata
Meble dziecięce
Po drugiej stronie lustra
Zabawy i zabawki
Śladami szczęśliwego dzieciństwa. O życiu dzieci na zamku łańcuckim w XIX wieku
Edyta Kucaba-Łyszczek
W drugiej połowie XVIII wieku w Europie następują zmiany, które będą miały znaczący wpływ na wychowanie i edukację dzieci. „Wcześniej dziecko niewiele znaczyło w rodzinie, niekiedy wręcz stanowiło dla niej ciężar, w najlepszym przypadku było bez znaczenia”. Jednym z kluczowych wydarzeń, które doprowadzi do zupełnie nowego spojrzenia na dzieciństwo, będzie ukazanie się w 1762 roku dzieła Jana Jakuba Rousseau Emil, czyli o wychowaniu. Ten tekst zmieni europejską kulturę i pedagogikę, a w węższym wymiarze dobitnie odznaczy się na interesującym nas mikroświecie, jakim był łańcucki Zamek.
Jego właścicielka Izabella z Czartoryskich Lubomirska była zagorzałą russoistką, jej mokotowski ogród powstał z inspiracji dziełem pisarza Nowa Heloiza, a najmłodsza córka Izabelli i Stanisława Lubomirskiego (marszałka wielkiego koronnego), Julia, urodzona w 1767 roku, otrzymała imię głównej bohaterki tego utworu.
Księżna marszałkowa gromadziła i czytała utwory Jean-Jacquesa Rousseau oraz zlecała malowanie wizerunków pisarza do swoich rezydencji. W mokotowskiej bibliotece znajdowały się 24 tomiki wydane w ósemce, a w łańcuckim zamku wśród najcenniejszych dzieł „tombeau, czyli nagrobek Rousseau z marmuru czerwonego na cokoli marmurowej ciemnozielonej z białym stojący” oraz nuty pisane ręka autora, szafeczka z kompletem tomików i listem pisanym w Grenoble.
Fascynacja Izabelli Lubomirskiej koncepcjami Rousseau znalazła wyraz w najtrwalszym bodaj pomniku jego twórczości w Łańcucie, jakim stało się przysposobienie jesienią 1783 roku małego chłopca Henryka, syna kasztelana kijowskiego Józefa Lubomirskiego i Ludwiki z Sosnowskich. Księżna marszałkowa miała, zgodnie z rodzinnym przekazem, uprowadzić dziecko bez zgody rodziców, a następnie uniemożliwiać im odzyskanie syna, mimo starań, jakie podejmowali.
Henryk był uroczym dzieckiem i „pozyskał uczucia księżny, jakich nigdy nie żywiła ona dla swoich córek”. Nic dziwnego, relacje między Izabellą Lubomirską a jej dziećmi – Elżbietą, Aleksandrą, Konstancją i Julią – były z ducha francuskie, wyrastały z kultury epoki i przyjętych w tym czasie koncepcji wychowawczych, w których „dziecko stanowiło przeszkodę w życiu kobiety, która pragnęła robić to, co chciała i kiedy chciała. Tak więc dzieci trafiały najpierw do mamek, potem pod opiekę guwernantek i preceptorów, a następnie do szkół z internatami i klasztorów”. Czy można jednoznacznie przesądzać o braku uczuć między matką i córkami? W rok po śmierci najmłodszej z nich księżna pisała do Aleksandry Potockiej: „Biedna Julia, przez to, jak bardzo przewrócono jej w głowie, była dla mnie stracona. Nadal jednak czułam, że jest moim dzieckiem i patrzenie, jak niknie w oczach, sprawiało mi niewypowiedziany ból”.
„Mój Emil” – jak Izabella nazywała małego Henryka Lubomirskiego – został otoczony troskliwą opieką. Jego pierwszym wychowawcą był ksiądz Grzegorz Piramowicz, a guwernerem ksiądz Scipione Piattoli, który później został też głównym wychowawcą. W latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku jego miejsce zajął Gotfryd Ernest Groddeck, filolog klasyczny, odpowiedzialny za edukację chłopca w Łańcucie i Wiedniu.
O wszechstronne wykształcenie przybranego syna Lubomirskiej dbali również starannie dobrani i wysoko opłacani metrzy. Henryk uczył się języków, gry na klawikordzie i harfie, rysowania, śpiewu i tańca, fechtunku i jazdy konnej. Chodził do teatru, brał udział w koncertach, również tych urządzanych przez przybraną matkę.
Wraz z nią podróżował po Europie i uczestniczył w seansach mesmeryzmu, w łańcuchu magnetycznym. Mały Emil był powszechnie znanym dzieckiem, miał być nawet przedstawiony królowej Marii Antoninie na jej życzenie.
Księżna nie zaniedbywała żadnego z elementów kształcenia chłopca, prowadziła korespondencję i nawiązywała kontakty z europejskimi naukowcami: pastorem Johannem K. Lavaterem, fizykiem Georges-Louisem Le Sage’em, filozofem i przyrodnikiem Charlesem Bonnetem, matematykiem Simonem LʼHuillierem. Z myślą o Henryku zgromadziła cenny – z punktu widzenia ówczesnej edukacji – księgozbiór. Pamiętała również o typowo dziecięcych rozrywkach, ofiarowując chłopcu z okazji imienin „machinę i inne zabawki” za 252 złote.
„Henryk Lubomirski przez Księżną Marszałkową tak był kochany jakby był jej własnym synem” – pisał Teofil Bauman. – „Gdy raz matka Księcia Henryka przyjechała w odwiedziny do Przeworska, zdziwili się Ci, którym stosunek familijny nie był dokładnie znanym, gdyż zawsze, mniemali, że Książę jest synem Księżnej Marszałkowej – ta troskliwość o jego dobro, to ciągłe opiekowanie się nim, wyrodziły to błędne mniemanie”.
Wychowanek Izabelli z Czartoryskich Lubomirskiej jest niewątpliwie pierwszym dzieckiem, którego ślady obecności możemy odnaleźć w łańcuckim zamku. Jego młodzieńczy wizerunek dłuta Antonia Canovy Książę Henryk Lubomirski jako Amor jest dziełem najmocniej identyfikowanym z dzisiejszym Muzeum.
Chłopiec nie był jednak jedynym dzieckiem, nad którym opiekę roztoczyła księżna marszałkowa. W 1794 roku w Krakowie zmarła przedwcześnie najmłodsza córka Izabelli Lubomirskiej, Julia, żona Jana Potockiego, pisarza i podróżnika, osierocając dwóch synów: Alfreda (1786–1862) i Artura (1787–1832). W tym czasie chłopcy przebywali przypuszczalnie w Łańcucie. Izabella Lubomirska objęła opiekę nad wnukami, formalnie powierzając ją jednak ojcu Jana, Józefowi Potockiemu, a po jego tragicznej śmierci w 1802 roku księciu generałowi Aleksandrowi Lubomirskiemu. Kontakty z ojcem ograniczały się do wymiany listów i „nie sposób znaleźć jakichkolwiek oznak serdeczności wobec synów (…) czy choćby jakiegoś nimi zainteresowania”. Wydaje się jednak, że to zgodnie w wolą Jana Potockiego chłopcy kształcili się w Genewie, gdzie pobierali lekcje z zakresu historii geografii, fizyki i astronomii, nauki o literaturze i prawodawstwa. Uczyli się języka angielskiego i niemieckiego. W ramach przygotowania do kariery wojskowej zdobywali wiadomości o fortyfikacjach, taktyce i technice wojennej oraz artylerii. Ćwiczyli się w szermierce i jeździe konnej. Pobierali lekcje tańca i gry na klawesynie, Alfred chodził do teatru, nabywano dla niego polskie książki.
Jednak „więcej nabierali edukacji francuskiej. Guwerner nadany im, Francuz, nie miał pilnego na nich oka, dozwalał im wolności, przez co w młodości dość rozpustne prowadzili życie. Marszałek Witkowski powziąwszy wiadomość o życiu takowym Alfreda i Artura Potockich, a niedbałości guwernera w ich prowadzeniu, ks. marszałkowej Lubomirskiej, swojej pani a babce rzeczonych Potockich, nie tylko złe postępowanie uczniów, ale i postępowanie guwernera wyjawił przedstawieniem też swoim wyjednał, że młodych Potockich z Genewy odwołano i w Wiedniu do nauk pod ostrzejszym nadzorem oddano”.
Izabella z Czartoryskich Lubomirska do swej śmierci wpływała na wybory życiowe trzech wychowanków, oni zaś odwdzięczyli się jej posłuszeństwem, szczerym przywiązaniem i szacunkiem. Wszyscy, jeszcze za jej życia, zostali zabezpieczeni materialnie. Księżna w 1799 roku kupiła od swoich córek położone w niedużej odległości od Łańcuta miasto Przeworsk wraz z okolicznymi wioskami i zleciła tam budowę nowoczesnej rezydencji dla Henryka Lubomirskiego. W 1802 roku przepisała na niego pałac przy Mölkerbastei w Wiedniu, a także wiele ruchomości stanowiących wyposażenie łańcuckiego zamku, w tym zbiory biblioteki. Sam zamek wraz z pozostałym wyposażeniem w 1809 roku księżna zapisała wnukom Alfredowi i Arturowi Potockim. Po śmierci babki, na mocy rodowego działu w 1817 roku bracia wspólnie odziedziczyli 152 wsie i 5 miast, a podział dóbr na dwie części został dokonany po sześciu latach – w 1822 roku. „Kiedy się dwaj bracia, Alfred i Artur, dzielili fortuną drugi, jako młodszy miał prawo wyboru schedy. Łańcut ów zamek tak przyozdobiony, zawierający tyle drogich sprzętów, był w jednej. Prawo mówiło za Arturem, ale ten kochający brata nad moc widząc jak sobie żona jego życzy Łańcut, wziął dobra leżące koło Krakowa”.
Dla wychowanków księżnej Lubomirskiej Łańcut stał się gniazdem rodowym. Życie trzech młodych rodzin, połączonych jej osobą, toczyło się w łańcuckim zamku należącym do Alfreda i Józefiny z Czartoryskich, w Krakowie w Pałacu pod Baranami, zakupionym w 1822 roku i odrestaurowanym przez Artura i Zofię z Branickich, oraz w Wiedniu, gdzie czas pędzili Henryk i Teresa z Czartoryskich, starsza siostra Józefiny Potockiej.
Na świat przyszło kolejne pokolenie, jeszcze za życia księżnej Lubomirscy zostali rodzicami dwóch córek: Izabelli (1808) i Jadwigi (1815), a Potoccy z Łańcuta – syna Artura (1816).
Potoccy z Krakowa, Artur i Zofia z Branickich, zostali dotknięci najtrudniejszym doświadczeniem rodzicielskim. Ich dzieci – dwaj synkowie: Aleksander (?) i Alfred oraz córeczka Maria – zmarły we wczesnym dzieciństwie. Śmierć niespełna trzyletniej córeczki nastąpiła w łańcuckim zamku 5 lutego 1822 roku. Niecałe trzy tygodnie później Zofia urodziła syna, któremu dano na imię Adam. W tradycji rodzinnej utrwalony został przekaz o ślubowaniu, które miała złożyć Zofia, wypraszając życie i zdrowie dla jedynaka, zgodnie z którym przyrzekła, że nie spędzi z synem dłużej niż trzy dni aż do ukończenia przez niego siódmego roku życia. Faktem jest, że mały Adam spędzał dzieciństwo w Łańcucie, gdy w tym czasie jego rodzice podróżowali po Europie. Odwiedzali jednak Łańcut, a nawet przebywali tam dłuższy czas. Żywo interesowali się wychowaniem syna i dbali o jego edukację. Liczne dziecięce wizerunki Adama miały zapewne rekompensować gorycz rozłąki: „Królowie mogą abdykować i składać swój obowiązek, rodzice nigdy”.
Mały Adam wychowywał się w łańcuckim zamku, za towarzysza zabaw mając rodzeństwo stryjeczne, Artura i jego siostry Julię i Zofię, oraz dzieci Henryka Lubomirskiego. Najsilniejsza więź związała go z najmłodszym Potockim z Łańcuta, Alfredem, urodzonym 29 lipca 1822 roku. „Od kolebki połączył los nieprzerwalnym węzłem (…) dobrze się dopełniającą »szlachetną parę braci« do siebie zupełnie niepodobnych”. Do tego grona dołączała i wychowanica Zofii – Aleksandra (Sasza), córka jej najstarszej siostry Katarzyny z Branickich i Stanisława Potockiego. Dziewczynka wcześnie osierocona przez rodziców, stała się ulubioną siostrą cioteczną Adama i Alfreda, „tym sposobem dzieci trzech różnych par rodziców stały się odtąd na całe życie rodzeństwem tak ściśle złączonem jak narodzeńsi ściślej być nie mogą”. Wiele lat później Aleksandra z Potockich Potocka z Wilanowa będzie trzymała do chrztu wnuka swego niegdysiejszego towarzysza zabaw Alfreda.
Ilustracją dzieciństwa w łańcuckim zamku jest akwarela Wilibalda Richtera (?), powstała przed 1827 rokiem. Przedstawia ona wnętrze sali balowej i bawiące się w niej, dobrane w pary rówieśników, dzieci: Dorotę (Dolkę) Lubomirską i Zofię Potocką trzymającą lalkę, Jadwigę Lubomirską i Julię Potocką kołyszące na koniu na biegunach małego Adasia Potockiego, biegnących z bacikami Jerzego Lubomirskiego zwanego Orciem i Artura Potockiego oraz dorosłą już Izę Lubomirską opiekującą się najmłodszym Alfredem Potockim. Beztroskim zabawom przygląda się siedząca z boku kobieta (Zofia z Branickich Potocka?), do której odnosi się podpis w języku francuskim: „Mama ciesząca się ich widokiem i myśląca o ich przyszłości”. Dziewczynki ubrane są w bladoróżowe (siostry Lubomirskie) i niebieskie (siostry Potockie) sukienki.
W tym samym roku Richter naszkicował też salę balową Pałacu Pod Baranami, wnętrze będące spełnieniem marzeń dzieci bez względu na czas. Z koniem na biegunach, na którym pod portretem Jana III Sobieskiego, upozowany na zwycięzcę spod Wiednia Adaś Potocki, dużym domkiem do zabaw wypełniającym znaczną część pomieszczenia, w którego drzwiach stoi Alfred i huśtawką na biegunach, na której kołyszą się Aleksandra, Julia i Zofia Potockie. Richter nie zapomniał o zabawkach dla dziewczynek: dużej lalce i naczynkach oraz dla chłopców: mieczu i hełmie rycerskim.
Dzięki temu artyście możemy również zajrzeć do znajdującego się na drugim piętrze w skrzydle wschodnim łańcuckiego zamku pokoju zajmowanego przez Adala i Frusia (jak nazywani byli w kręgu rodzinnym najmłodsi Potoccy). Dwa dziecięce łóżeczka ze szczebelkami stojące obok siebie, krzesła, fotel, komoda, lustro i łóżko dla guwernera stanowią całe widoczne wyposażenie. Richter, tak jak wcześniej, uwiecznił bawiących się chłopców oraz ich zabawki: figurki żołnierzyków, koniki na długich kijach, jednogarbnego wielbłąda na platforemce do ciągania na sznurku, fuzyjkę i obowiązkowy bacik.
Zachowane wizerunki chłopców wzmacniają przekaz o łączącej ich silnej braterskiej więzi, chłopcy ubrani są na nich w bliźniacze stroje, których interesującym dopełnieniem jest na większości portretów biżuteryjny dodatek: krótkie, przylegające do szyi czerwone koraliki. Koral był w Europie znanym już od starożytności środkiem apotropaicznym, stosowanym szczególnie u dzieci. Przypuszczalnie mali Potoccy nosili je dla ochrony przed „złym okiem” i chorobami wieku dziecięcego.
Stanisław Tarnowski we wspomnieniu Alfreda Potockiego przywołuje anegdotę, wedle której w dziecięcym gronie postawiono pytanie: kim chciałbyś być? „Jedne po drugich występowały najśmielsze, najfantastyczniejsze programy życia; ten chciałby dowodzić w ostatniej zwycięskiej bitwie i zginąć na samym jej końcu; drugi jak Kolumb odkryć jaką nową Amerykę; inny napisać poemat któryby zakasował razem Mickiewicza z Dantem i Homera z Szekspirem. Kiedy przyszła kolej na Alfreda Potockiego, zapytany czemby być chciał, odpowiedział »ja tylko takim prostym panem«”.
Te słowa przywoływane często w odniesieniu do Potockiego w kontekście negatywnym miały mieć inną genezę. Bracia stryjeczni, choć ubrani identycznie, bardzo się różnili, zarówno pod względem wyglądu, zdolności, jak i temperamentów. Adaś był dzieckiem żywiołowym i skorym do psot, niestrudzonym inicjatorem zabaw, w których przybierał coraz to nowe role (najchętniej bywał furmanem), wyznaczając je również dużo spokojniejszemu i wycofanemu Alfredowi. Ten, jak głosiła rodzinna anegdota, zmęczony nieustającą zabawą i pomysłowością stryjecznego brata, chciał już tylko zostać „takim prostym panem” i kolejnych ról nie przyjmować.
Życie dzieci upływało między Łańcutem, Krakowem i Białą Cerkwią, gdzie spędzały wakacje. Młodzi Potoccy byli aktywni fizycznie, a otoczenie zamku przystosowano do ich potrzeb, w ogrodach zamkowych była piaskownica i huśtawki, z których korzystano jeszcze pod koniec XIX wieku. Dzieci miały zabawki sprzyjające ich rozwojowi i zainteresowaniom. Adam i Julia byli utalentowani plastycznie, najstarszy dziesięcioletni Artur Potocki miał „tresowanego konika, własny powozik, całą potrzebną uprząż, szpicrutę i strój do konnej jazdy, służącego kozaczka i własnego stajennego”.
Z myślą o Zofii Potockiej, młodszej córce Alfreda, w 1834 roku został zbudowany w Łańcucie basen, płacono za strój do pływania, pasy i pęcherze ułatwiające unoszenie się na wodzie oraz nauczyciela, który uczył dziewczynkę pływać. Te lekcje nie były formą rozrywki, ale ówcześnie pojętą formą rehabilitacji. Problemy hrabianki musiały być poważne, skoro w 1837 roku została ona poddana operacji chirurgicznej.
Przykładano dużą uwagę do zdrowia i higieny dzieci, brały one kąpiele (sporadycznie również w mleku), a kiedy młodemu Arturowi trzeba było usunąć ząb, profilaktycznie zakupiono szczoteczki do zębów dla dziewcząt. Korzystano z opieki dentysty i lekarza, stale mieszkającego w zamku.
Dla obu rodzin istotne było kształcenie dzieci. Ożywione życie towarzyskie, częste podróże dorosłych między Łańcutem, w którym spędzano lato, i Krakowem, gdzie przenoszono się na zimę, wpłynęły na wybór domowego charakteru edukacji. Potoccy zadbali o odpowiednie mamki, guwernantki, wychowawców i nauczycieli. Już wyjeżdżając z Łańcuta w 1822 roku, Zofia powierzyła swego „jedynaka mamce i niańce, o której mówiono, że wszyscy jej podopieczni szczęśliwie się wychowali”.
W Europie już od XVII wieku zastanawiano się, która z form kształcenia ma wyższą wartość: edukacja domowa z guwernerem czy posyłanie dzieci do kolegium. W wypadku arystokratycznej rodziny Potockich w pierwszej połowie XIX wieku wybór był oczywisty – to rodzina stanowiła naturalny wzorzec wychowawczy, a odpowiednio dobrani preceptorzy byli gwarancją jakości edukacji. Najstarszego z chłopców, Artura, kiedy skończył cztery lata, powierzono Adamowi Kłodzińskiemu. Wcześniej pełnił on funkcję guwernera dzieci Dembińskich, pozostawionych pod opieką brata księżnej marszałkowej, Adama Czartoryskiego w Sieniawie, którego Potoccy byli częstymi gośćmi. Kłodziński, nauczyciel młodego pokolenia z Łańcuta i „spod Baranów”, był wszechstronnie uzdolniony, władał językiem łacińskim, francuskim i niemieckim, a ponadto obdarzony był talentem literackim i wysoką kulturą osobistą.
Niepozbawiony był również ambicji naukowych, co wyraził w liście do przyjaciela Gwalberta Pawlikowskiego w następujących słowach: „rozpocząwszy zawód naukowy, chciałbym ucząc drugich i sam zdobywający czas poświęcić nabyciu wiadomości, o których mało słyszało się w szkołach – a do których niejedno zachęca. Obrałem sobie za przedmiot dzieje i język polski”.
Zdobywaną wiedzę przekazywał swym młodym podopiecznym, szczególnie młodemu Arturowi Potockiemu, którego chciał wychować na „dzielnego obywatela kraju”. Artur był chłopcem bardzo obiecującym, „od młodszego brata zupełnie inny, w uczuciach gwałtowny, poddający się z przymusem stosunkom towarzyskim, z wrodzoną we wszystkim, a zwłaszcza w patriotyzmie exaltacyją”. Postawa chłopca była niewątpliwie wynikiem modelu kształcenia wdrożonego przez nauczyciela, gdzie prócz lekcji stałym punktem podczas pobytów w Krakowie było odwiedzanie zabytków: grobów władców na Wawelu, krakowskich kościołów i klasztorów, biblioteki Jagiellońskiej, aby „w ich obliczu wywołać przed oczyma ucznia świetne obrazy przeszłości”. Elementem edukacji była również podróż chłopca wraz z nauczycielem do Niemiec i Holandii. Nagła śmierć Artura w 1834 roku była ogromną stratą dla rodziców i nauczyciela.
Wszystkie dzieci w miarę dorastania, zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, uczyły się w domu pod kierunkiem Kłodzińskiego pełniącego funkcję guwernera; guwernantką była pochodząca z Francji Adela. Lekcje kaligrafii i geometrii dawali nauczyciele Just i Pelc. Zajęcia trwały od godziny 9 do godziny 13. Adam i Artur w późniejszym wieku, już jako uczniowie gimnazjum, uczęszczali na wybrane zajęcia do szkół w Krakowie i Wiedniu. Adam był uczniem zdolnym, obdarzonym talentem malarskim. Alfred uczył się z „większym trudem lub przykrością”.
Alfred i Józefina Potoccy od objęcia w posiadanie łańcuckiego zamku stale uzupełniali zbiory biblioteki zamkowej i równocześnie sami dużo i chętnie czytali. Z myślą o dzieciach gromadzili księgozbiór przeznaczony dla ich wieku. W zamkowej bibliotece przechowywany jest dzisiaj pochodzący z tego okresu zbiór literatury należącej do najmłodszych: elementarze, podręczniki szkolne, literatura piękna, powiastki moralizatorskie i słowniki. Niewątpliwie na rozwój literackich zainteresowań wszystkich młodych Potockich miał też wpływ przyjęty w 1833 roku na stanowisko bibliotekarza Jan Nepomucen Deszkiewicz-Kundzicz. Absolwent literatury i prawa Uniwersytetu w Wilnie, uczestnik powstania listopadowego, zgodnie z tradycją zaprzyjaźniony z Adamem Mickiewiczem. „Przyjął do siebie tego tułacza łaskawie i gościnnie niby iako nauczyciela języka polskiego do swoich dzieci i krewnych, niby iako bibliotekarza nielicznego wówczas zamkowego księgozbioru”. Deszkiewicz miał pieczę nad powierzoną mu biblioteką, zajmował się edukacją dzieci i, podobnie jak Kłodziński, w wolnych chwilach oddawał się pracy naukowej. W 1843 roku opublikował Rozprawy o języku polskim i jego gramatykach, w 1846 Gramatykę Języka Polskiego, a w 1869 w Krakowie ukazała się jego publikacja O pisownictwie polskim. Rozprawy, którą zadedykował swoim wychowankom – Julii, Zofii, Aleksandrze, Alfredowi Józefowi i Adamowi Potockim.
Rodzice nie zaniedbywali innych form edukacji dzieci. Alfred Potocki po konsultacji z Karlem Czernym zatrudnił pod koniec lat dwudziestych XIX wieku pochodzącego z Wiednia utalentowanego pianistę Józefa Leszetyckiego. Jego syn, Teodor, urodzony w Łańcucie w 1830 roku i mieszkający z rodzicami w zamku zapamiętał lekcje udzielane przez ojca Julii i Zofii, z których ta pierwsza miała być pilną i pracowitą uczennicą. Dziewczęta grały utwory z modnego w tym czasie repertuaru fantazji Thalberga i wybory z oper Vincenzo Belliniego.
We wspomnieniach Leszetyckiego syna pojawia się także postać Kazimierza Stęchlińskiego, zarządcy majątku Potockich, gorliwego patrioty, który w zimowe wieczory karmił wyobraźnię małego chłopca opowieściami z historii rodu Potockich i historii Polski. Pod nieobecności gospodarzy Stęchliński zabierał małego Leszetyckiego do zamkowej zbrojowni, gdzie pozwalał Teodorowi wziąć do ręki broń i toczyć wyimaginowane bitwy.
Stanisław Tarnowski wśród osób, które miały wpływ na kształtowanie osobowości Adama i Alfreda, oprócz Zofii z Branickich Potockiej i Aleksandry Potockiej, wymienia również Kazimierza Stęchlińskiego, „który dla obu Potockich był do śmierci wielką moralną powagą”. Możliwe, że wczesnodziecięca patriotyczna edukacja Adam i Alfreda również wzbogacana była przez Stęchlińskiego opowieściami o potędze rodu i wizytami w zbrojowni.
Lato 1840 roku było ostatnim, które Leszetyccy spędzili w Łańcucie. W czerwcu 1841 roku Julia poślubiła księcia Franciszka Liechtensteina (1802–1887), rok później Zofia została żoną hrabiego Maurycego Jana Dietrichsteina (1801–1852), ambasadora austriackiego w Londynie. Decyzją ojca Alfred, przygotowując się do kariery dyplomatycznej, podjął studia w Wiedniu, Zofia z Branickich Potocka wysłała swego syna Adama na studia do Edynburga, a następnie do Berlina. Wszyscy wkroczyli w dorosłe życie.
Zofia z Potockich Dietrichstein, której trwające dziesięć lat małżeństwo pozostało bezdzietne, w porozumieniu z bratem Alfredem II, ufundowała w leżącej nieopodal Łańcuta miejscowości Łąka Zakład Sierot dla dziewczynek, wywodzących się ze środowiska wiejskiego. Prowadzenie placówki powierzyła lwowskiemu Zgromadzeniu Sióstr Opatrzności Bożej. Dzieci znajdowały w nim nie tylko schronienie, ale również edukację na poziomie elementarnym. Dodatkowo zadaniem zakładu była opieka nad kilkoma osobami, które wymagały tego ze względu na podeszły wiek, niepełnosprawność i bezdomność.
Kolejne pokolenie Potockich przyszło na świat już poza Łańcutem.
W 1851 roku Alfred Potocki poślubił Marię z Sanguszków, córkę Romana i Natalii Potockiej z Wilanowa. Dla młodej synowej, a równocześnie wnuczki swej najstarszej siostry Klementyny z Czartoryskich Sanguszkowej, Józefina Potocka poleciła urządzić apartamenty na drugim piętrze zamku, w zachodnim skrzydle. Młodzi małżonkowie większość czasu spędzali jednak w rodzinnym majątku Marii na Wołyniu, a zimę w Warszawie, Łańcucie i Petersburgu. Alfred wychowany w rodzinie, która uważnie troszczyła się o dzieci, sam także okazał się dobrym i troskliwym ojcem. Kiedy jego dwuletni synek zasłabł, on „ze zmartwienia żółtaczki dostał”. Ten najstarszy syn, Roman, przez całe życie był dla rodziców powodem licznych trosk i zmartwień, nie tylko przez wzgląd na słabe zdrowie, lecz przede wszystkim na żywiołowy temperament.
Żadne z dzieci Alfreda i Marii z Sanguszków nie urodziło się w Łańcucie, najstarszy syn Roman (1851) w Antoninach, córki Julia (1854) i Klementyna (1856) w Sławucie, najmłodszy Józef (1862) we Lwowie. Zawsze jednak łańcucki zamek pozostawał ich rodzinnym domem, w którym, tak jak na rodziców, czekały na nich specjalnie przygotowane wnętrza urządzone tuż obok apartamentu matki, na drugim piętrze w skrzydle zachodnim. Co ciekawe, przed wielu laty te same pomieszczenia poleciła urządzić dla swojego „Emila”, Henryka Lubomirskiego, księżna marszałkowa.
W 1862 roku w pierwszym pokoju stały „trzy łóżeczka jedno w kształcie koszyka, na czterech słupkach”, dwa jesionowe, czerwono politurowane z drabinkami. W drugim ściany były obite kretonem „w bukiety”, a w miejsce ceglanego umieszczono w nim piec kaflowy.
Dzieci przebywały w zamku jesienią 1861 roku, kiedy to cała trójka: dziesięcioletni Romuś, ośmioletnia Jula i pięcioletnia Klima ustawiały się we wnęce saloniku z boazerią rokokową, aby ktoś, obok poziomych kresek odznaczających wzrost, mógł zamaszystym pismem utrwalić na pobielanej ścianie ich imiona. Jedenaście lat później, w 1872 roku, dwójka rodzeństwa: dziewiętnastoletnia Julia i dziesięcioletni, najmłodszy Józio dodała swój wzrost i imiona do istniejącej miarki, on też osiem lat później, w 1880 roku, powtórzył ten rodzinny zwyczaj. Co najciekawsze, mimo wielu modernizacji i zmian, jakie zachodziły na przestrzeni czasu w łańcuckim zamku, ta sentymentalna pamiątka przetrwała do naszych czasów, stając się jednym z nielicznych dowodów na istnienie dzieci i ich świata w tym miejscu.
Zgodnie z przyjętym w rodzinie zwyczajem dzieci uczyły się w domu po okiem wychowawców i nauczycieli. W 1863 roku oraz w latach 1867–1869 Roman był uczniem lwowskiego Gimnazjum nr 1 im. Franciszka Józefa. Egzaminy zdawał w trybie eksternistycznym, możliwe, że również wzorem swego ojca uczęszczał na wybrane zajęcia w szkole. W bibliotece zamkowej zachował się dziennik lekcyjny prowadzony przez nauczycieli Romana Potockiego, datowany na okres od 22 października 1866 roku do 20 stycznia 1867.
Jego nawet pobieżna lektura pozwala zauważyć, że to czasy się zmieniają, a nie uczniowie. Nastoletni Roman miał wszelkie uczniowskie zalety i wady, o czym świadczą uwagi nauczyciela po każdej lekcji: „Uwaga przerywana dziecinnymi figlami”, „lekcje przerwałem po półgodzinie z powodu upornego używania nieprzyzwoitych wyrazów”, ale też na lekcjach literatury i historii Polski: „słuchał z uwag” i „uważał należycie”.
Dziennik przynosi też informacje o rytmie i rozkładzie zajęć piętnastoletniego Romana. Te odbywały się codziennie od poniedziałku do soboty, tylko w niedzielę i święta kościelne chłopiec miał wolne. Od 31 października do 4 listopada chłopiec wraz z guwernerem wyjechał do Łańcuta. Zajęć nie było też „od 10 listopada do 14 listopada (…) Romcio słaby”.
Lekcje odbywały się zwykle od godziny siódmej do godziny osiemnastej, z czterogodzinną przerwą rekreacyjną. 25 października 1866 roku Roman od siódmej rano do godziny ósmej brał lekcję literatury polskiej, w czasie której „czytał kazania Skargi, ale bez życia”, następna była łacina, gdzie „nauczył się preparacji, ale po większej części zapomniał. Uwaga była zmienna, a zachowanie się trochę niegrzeczne”. Następnie język niemiecki, a po nim do południa zoologia. Po przerwie, o godzinie szesnastej, Romcio brał lekcję gramatyki francuskiej, a następnie gramatyki greckiej, gdzie „lekcyi nie umiał, podczas godziny nie uważał”.
Oprócz tych przedmiotów Roman uczył się historii i literatury polskiej, literatury starożytnej, języka francuskiego i niemieckiego oraz matematyki, na którą nauczyciel poświęcał zaledwie jedną godzinę tygodniowo. Chłopiec nie był szczególnie pilnym uczniem, za to żywo interesował się ornitologią, gromadząc kolekcję ptaków krajowych. Z myślą o Romanie oprócz innych książek do zbiorów biblioteki nabywano fachową literaturą z tej dziedziny.
Ojciec Marii, Roman Sanguszko, był uważnym dziadkiem, troszczącym się o swoją jedyną córkę i wnuki. W 1867 roku pisał do Marii: „głównie niepokoję się o Romka. Zapewne pozostawisz go we Lwowie, póki nie skończy gimnazjum. Ale później, dokąd ma jechać? Wiedeń jest nadto złego wpływu na młodzież arystokratyczną, (…) co do mnie wolałbym Romka widzieć w Berlinie, gdzie jest dość gorliwy kościół katolicki”.
W 1867 roku młodsze siostry Romana zamieszkały z rodzicami w Wiedniu, do dziewczynek najęto guwernantki Miss Rawson i Miss Brasen oraz wiedenkę Heningową. Mały Józio jeszcze do 1868 roku przebywał w Łańcucie. Alfred był zaangażowany politycznie, cieszył się zaufaniem cesarza Austrii Franciszka Józefa, uczestniczył w licznych uroczystościach dworskich, a jego dzieci pełniły rolę towarzyszy zabaw dla małych księżniczek.
Z tego okresu – datowane na lata 1869–1871, Wiedeń – pochodzą przechowywane w Łańcucie zeszyty podpisane inicjałami J.P., należące przypuszczalnie do młodszej siostry Romana, Julii (1854). Zawierają one wiadomości z literatury i historii polskiej, literatury francuskiej i angielskiej, gramatyki francuskiej, historii sztuki oraz religii. Zapisane (zwykle) starannym pochyłym pismem partie wiedzy ujęte są w długie, rozbudowane preparacje wskazujące na wysoki poziom nauczania młodej panny we wszystkich dziedzinach. Zadaniem uczennicy było ich pamięciowe przyswojenie.
„Literatura, jest to historyja przeszłości czysto umysłowej pewnego narodu, objawiającą się w utworach piśmienniczych (…)”.
Co ważne teksty, które znajdujemy w zeszytach do literatury i historii Polski, podkreślają wartość rodzimej kultury, historii i języka polskiego. Są w nich informacje dotyczące Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego, legendy narodowe i sylwetki polskich władców do czasów Władysława Jagiełły.
W 1869 roku Roman zdał maturę w lwowskim gimnazjum, o czym nie powiadomił rodziców, w 1872 roku Julia wyszła za mąż za Władysława Branickiego z Białej Cerkwi, w 1878 roku Klementyna poślubiła Jana Tyszkiewicza, a Józef w 1881 roku rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Franciszkańskim we Lwowie. Stali się dorośli.
W poniedziałek 14 czerwca 1886 roku w łańcuckim zamku przyszedł na świat Alfred Antoni Wilhelm Roman Potocki, syn Romana i Elżbiety z Radziwiłłów. Czekało go długie i interesujące życie, w przyszłości miał zostać IV ordynatem łańcuckim, poznać osobistości swoich czasów, gościć w Łańcucie koronowane głowy, światową arystokrację, polityków i biznesmenów. Jednakże to właśnie jemu przypadł w udziale gorzki los ostatniego „Pana na Łańcucie”, utrata rodzinnego domu i niemożność powrotu do niego po 1944 roku. Rodzicami chrzestnymi chłopca zostali w pierwszej parze cesarz Wilhelm I reprezentowany przez Antoniego Fryderyka Radziwiłła i hrabina Aleksandra Potocka z Wilanowa, w drugiej parze dziadek ze strony ojca, Alfred II Potocki, i babka ze strony matki, księżna Maria Dorota Radziwiłłowa z domu de Castellane.
Zgodnie z przyjętym zwyczajem rodzice chłopca, młodzi państwo Potoccy, mieszkali w przygotowanych dla nich przez matkę Romana apartamentach na drugim piętrze łańcuckiego zamku. Życie nowej rodziny toczyło się między Łańcutem, Lwowem i Wiedniem, gdzie trzy lata później – 29 stycznia 1889 roku przyszło na świat drugie dziecko pary, syn Jerzy Antoni. Julia z Potockich Branicka w liście do ojca, Alfreda II Potockiego, pisała: „Romcio musi być bardzo kontent, chociaż był taki pewny, że to będzie córeczka”.
Niewielka różnica wieku sprawiła, że Frusia i Izia, jak nazywani byli chłopcy w kręgu rodziny i przyjaciół, połączyła bardzo silna wieź. Wspierali się przez całe życie. Nawet wtedy, kiedy po śmierci ojca Alfred został IV ordynatem, a Jerzy odziedziczył zamek Pomorzany w województwie tarnopolskim. Łańcut nigdy nie przestał być jego domem. Jerzy „był silnie i na różne sposoby z nim związany i w nim zakorzeniony, tak emocjonalnie, jak i pod względem rzeczowym. Traktował go zawsze nie tylko jako gniazdo rodowe, ale i dom rodzinny, gdzie aż do utraty zamku czekało na niego własne locum”.
Punktem odniesienia dla obu chłopców była matka Elżbieta z Radziwiłłów, która „była córką swej epoki i swego środowiska. Jej charakter kształtował się w warunkach, gdzie zrobienie znaku oznaczało nakazanie posłuszeństwa. (…) jej niestrudzone rady w ciągu następnych lat zawsze naprowadzały mnie do powzięcia najbardziej ważnych i najszczęśliwszych decyzji” – pisał po latach starszy z synów.
W maju 1889 roku zmarł Alfred II Potocki, jego syn Roman, już jako III ordynat, wraz z żoną, rozpoczęli szeroko zakrojoną modernizację zamku i jego otoczenia. Dla chłopców urządzone zostało skromne mieszkanie w pawilonie bibliotecznym, które Alfred zajmował do 23 lipca 1944 roku.
Tak jak wcześniej wychowanie braci oparte było na silnym poczuciu przynależności od wspólnoty, którą była liczna rodzina, bliscy i dalsi krewni. „Ich wizyty w Łańcucie, nasze wizyty składane w ich majętnościach tworzyły więź towarzyską i styl rodzinny, jaki starałem się utrzymać przez całe życie. Dominowały sport i radość”.
Najbliższe relacje łączyły Potockich z Radziwiłłami, Stanisławem i Jerzym, braćmi Elżbiety oraz jej siostrą Heleną, „niezwyciężoną amazonką i doskonałą tancerką. O trzynaście lat młodsza od mojej matki była dla mnie starszą siostrą”. Helena w 1892 roku poślubiła Józefa Potockiego, wkrótce na świat przyszli dwaj synowie, Roman Antoni (1893) oraz Józef Alfred (1895), o których w pamiętnikach Alfred napisze: „jak tylko mogę sięgnąć pamięcią, byli dla mnie bliscy jak bracia”.
Bardziej formalne relacje łączyły młodych Potockich z babką ze strony ojca, Marią z Sanguszków, która we wnukach wzbudzała ambiwalentne uczucia, zarówno podziw, jak i strach. „Babunia (…) nie mogła nam darować, żeśmy po matce naszej odziedziczyli małą dozę krwi Hohenzollernów (…) tolerując tylko naszą obecność”. Wydaje się, że wpływ na to miały raczej względy osobowościowe i trudne stosunki między teściową i młodą synową. Maria z Sanguszków nie przyjmowała do wiadomości radykalnych zmian i unowocześnień, jakie młodzi Potoccy wprowadzali w Łańcucie po śmierci jej męża.
Pani Alfredowa znana była ze zdecydowanego, stanowczego charakteru, a wobec swego starszego wnuka miała określone oczekiwania. Kiedy w 1885 roku z okazji ślubu Romana i Elżbiety poleciła urządzić na nowo kaplicę pałacową, na drzwiach szafy ołtarzowej umieszczony został program heraldyczny. W tymże a priori przyjęty został fakt narodzin z tego związku potomka płci męskiej, co wkrótce się stało, ale także zawarcie przez tegoż małżeństwa z panną wywodzącą się wyłącznie z rodu książęcego, co się nigdy nie zdarzyło.
Wychowanie obu chłopców w Łańcucie początkowo miało charakter domowy. Rytm dnia został ściśle ustalony, dzieci wstawały o siódmej trzydzieści, następnie podawano im śniadanie, a później był krótki czas rekreacji. Spędzali go pod stałą opieką wychowawcy domowego, na zabawach i spacerach, z czasem też na uwielbianej przez Alfreda jeździe konnej. O godzinie dziewiątej rozpoczynały się lekcje trwające (zapewne z krótką przerwą na niewielki posiłek) do osiemnastej trzydzieści. „Należało uczyć się lekcji i dawać dowody nabytych umiejętności”. Przed obiadem, który o dziewiętnastej mali uczniowie spożywali wspólnie z wychowawcą, następowała krótka przerwa na odpoczynek. Wieczorem, zwykle około godziny dwudziestej pierwszej, dzieci odwiedzały rodziców w salonie, by zdać relację z tego, czego nauczyły się danego dnia i powiedzieć im „dobranoc”.
Pierwszym domowym nauczycielem Alfreda i Jerzego „był ksiądz o imponującym wyglądzie, ale wielkiej dobroci, kierował dwoma rozhukanymi malcami z dużą stanowczością, z czego ojciec był bardzo zadowolony”. Jak można się domyślać, nauczyciel zajmował się zarówno edukacją, jak i formacją duchową chłopców. Dziećmi zajmowali się też inni wychowawcy i opiekunowie. Chyba nie było to łatwe zadanie, skoro jednemu z nich Roman Potocki miał zezwolić na użycie tęgiego kija, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Do zamkowej biblioteki tym razem nie zakupiono zbyt wielu książek z myślą o chłopcach, korzystano zapewne z istniejącego już dziecięcego księgozbioru. Alfred opatrzył podpisem dwie książeczki: otrzymaną w prezencie historię Francji oraz rozważania na Wielki Tydzień ojca J.B. Ritzingera, której bliźniaczy egzemplarz podpisał też Jerzy. Z tego okresu zachowany jest rocznik wydawanego w Warszawie czasopisma dla dzieci i młodzieży „Wieczory rodzinne” z 1902 roku. Trudno określić, który z braci miał być odbiorcą tego z ducha pozytywistycznego periodyku.
„Mojej naturze bardziej odpowiadała żywa przyroda jak książki” – napisze wiele lat później Alfred Potocki. – „Kontynuowałem naukę w innej szkole: uczyłem się konnej jazdy, polowania, a ogród i drzewa też były przedmiotem nauki”. Starszy z chłopców był świadom, że jego przyszłą rolą jest zarządzanie majątkiem. Rzeczywistą wartość kształcenia upatrywał w zdobywaniu bezpośredniego doświadczenia, w obserwacji, relacjach zarówno z administratorami majątku, jak i jego pracownikami.
Alfred interesował się fotografią, przypuszczalnie posiadał przenośny aparat, którym uwieczniał miejsca odwiedzane w czasie podróży dookoła świata w 1909 roku. Jest też autorem kilku młodzieńczych selfie, zanim takie zdjęcia na dobre stały się modne. Już jako dojrzały mężczyzna dla przyjemności i rozrywki towarzystwa spędzającego letnie miesiące w Łańcucie zrealizował slapstick Kradzież diamentów, z udziałem gości.
Życie rodziny Elżbiety i Romana toczyło się między rodzinnym Łańcutem a Antoninami Józefa i Heleny Potockich. Serdeczna wieź łącząca chłopców ze stryjenką i jej synami sprawiła, że we wspomnieniach Alfreda miejsce „to przewija się przez myśl na tle wiecznego lata”. Nic dziwnego. Rozległe, doskonale zarządzane dobra, zmodernizowana rezydencja, otoczona przemyślanym założeniem, legendarne stajnie z hodowlą koni arabskich działały na dziecięcą wyobraźnię. Co więcej, stryj Józef miał „słonia z indyjskim kornakiem, wielbłądy z arabskimi poganiaczami, lwa!”. Właściciele Antonin byli też niezrównanymi organizatorami życia towarzyskiego. „Zachowałem żywe wspomnienia ciągłych rozrywek na wolnym powietrzu, bali (…), odbywały się tam polowania, spacery po cudownych lasach”.
Etap edukacji domowej nieformalnie zakończył się w 1902 roku, kiedy to szesnastoletni wówczas Alfred stał się uczniem lwowskiego Gimnazjum im. Franciszka Józefa, mieszczącego przy Batorego 5. Był to nowy budynek, wzniesiony w latach 1875–1876 według projektu architekta Juliusza Hochbergera. Podobnie jak jego przodkowie młody człowiek był prywatystą i mury szkoły odwiedzał tylko podczas egzaminów. Nie wiemy, czy maturę zdawał we Lwowie, czy już w Wiedniu, gdzie kontynuował naukę po ukończeniu gimnazjum, a przed wyjazdem do Anglii.
W 1904 roku uczniem tego samego, co brat i ojciec, lwowskiego gimnazjum został Jerzy Potocki, który w maju 1907 roku zdał tam maturę z odznaczeniem.
Kolejnym etapem edukacji Alfreda był Magdalen Collage w Oxfordzie. Wspomnienia z tego okresu nie powinny nas dziwić, o postępach w nauce nie dowiemy się zbyt wiele. Alfred bowiem nawiązał w tym czasie wiele kontaktów towarzyskich, fascynowała go gra w polo i zakochał się w Anglii. „Bezsprzecznie Oxford pomógł mi ukształtować swoją osobowość. Był to najważniejszy okres w przygotowaniu do życia po wyjściu z lat dzieciństwa i młodości”.
Historia dzieci i dzieciństwa w łańcuckim zamku nigdy nie była przedmiotem odrębnych badań. Nie oznacza to jednak, że ten okres w życiu mieszkańców zamku był zupełnie pomijany, pojawiał się jednak niejako na marginesie dokonania dorosłych w świecie gospodarki i polityki.
Opowieść o szczęśliwym dzieciństwie w Łańcucie składa się dziś z nielicznych drobnych śladów obecności. Próżno szukać w zamku dziecięcych pokoi, a w ogrodach piaskownicy i huśtawek, naturalną koleją rzeczy musiały ustąpić dorosłości.
Czas w Łańcucie, który dla czterech pokoleń dzieci stał się rodzinnym domem, sprawił, że przez całe życie już jako dorośli utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny kontakt. Ich dorosłe wybory i decyzje, relacje towarzyskie, związki rodzinne często łatwiej zrozumieć przez fakt, że mają początek we wspólnym doświadczeniu dzieciństwa.
Historia dzieci w łańcuckim zamku znalazła swoje dopełnienie w osobie Stanisława Potockiego, syna Jerzego, urodzonego w latach trzydziestych XX wieku, ale to już zupełnie inna historia.
© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.
stat